Infector – “Let The Infection Begin” (2019)

Stara mądrość mówi, by nie oceniać książki (tudzież płyty) po okładce, ale w przypadku Infector to właśnie ona była głównym powodem sprawdzenia tego albumu. Patrząc na komiksowy obrazek, kojarzący się trochę z Tankard, a trochę z wczesnym Acid Drinkers, spodziewałem się podszytego humorem thrash metalu. I rzeczywiście, to, co serwuje pochodzące z Kuby trio to thrash metal w całej okazałości.

Załoga sama przedstawia się jako najmłodszy kubański thrash metalowy zespół. Może nie miało by to wielkiego znaczenia, ale fakt jest taki, że w ich muzyce rzeczywiście słychać niesamowite pokłady energii i szału, charakterystyczne dla młodych, zapalonych i głodnych grania ludzi. Pierwsze dźwięki to na wpół akustyczne intro, nieśmiało zwiastujące progresywne zapędy, ale porzućcie nadzieje – to, co się dzieje kilka chwil później, pozbawia wszelkich złudzeń. Infector to thrashowa maszyna do zabijania, która nie bierze jeńców, goni jak obłąkana, a jeśli zwalnia, to tylko na bardzo krótkie momenty, by nabrać sił do kolejnych, wściekłych ataków. Nie ma tu chwili wytchnienia – od razu spadają na słuchacza mocne riffy osadzone na bardzo szybkim tempie, dudniącym basie i brudnym brzmieniu. Wśród inspiracji można wymieniać całe rzesze starych wyjadaczy święcących triumfy w latach 80., ale nie tylko. Infector szaleje trochę na modłę wczesnego Kreator, dodaje sporo charakterystycznej, południowoamerykańskiej agresji i melodyki, która sprawia wrażenie pomostu między europejskim doświadczeniem a amerykańskim feelingiem. Uroku tym numerom dodają czyste, jakby żywcem zaczerpnięte ze spuścizny Exodus chóralne refreny, które fajnie kontrastują z głównym wokalem. A gardłowy nie oszczędza się nawet przez sekundę, drąc się jak Max Cavalera z najlepszych czasów, zatrudniony w norweskim Nekromantheon.

Po takich zespołach raczej nikt nie oczekuje oryginalności. W przypadku Infector też nie ma o niej mowy, ale na poziomie kompozycyjnym zespół trochę kuleje. Riffy co prawda robią robotę, ale razi ich powtarzalność. W okolicach czwartego numeru mam wrażenie, że to co serwują gitary słyszałem jakieś cztery minuty wcześniej. Brak oryginalności i czerpanie garściami od największych tuzów gatunku nie musi oznaczać schematyczności, czy wręcz wtórności, ale kubańscy załoganci za bardzo zatracili się w przytłoczeniu słuchacza samą energią, wściekłością i pełnym brudu szałem. Na tym polu zespół sprawdza się doskonale, ale to trochę za mało, żeby mówić o jakimś nowym objawieniu na thrashowym poletku. Gdyby na tym albumie było więcej takich numerów jak szaleńczo opętany, wyjątkowo niechlujny i odegrany na pełnej mocy Chernobil, wyłamujący się ze schematu pozorną nieumiejętnością wejścia w tempo, to mielibyśmy pełnię szczęścia.

Jak na debiut młodych ludzi z kraju, który nie ma żadnych metalowych tradycji jest całkiem nieźle. Mam wielką nadzieję, że Infector jeszcze pokaże na co ich naprawdę stać. Podskórnie czuję, że w niedalekiej przyszłości może solidnie zatelepać sceną.

Ocena: 7/10

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .