Inoculated Life – “Exist To Decay” (2018)

Mamy gdzieś naszą planetę, nie interesujemy się powstrzymaniem szkód, które wyrządziliśmy, żyjemy tylko po to, by zgnić. Przepełnia nas pogarda dla władzy, policji i systemu sądowniczego, ogarnia nas wściekłość z powodu zanieczyszczania środowiska i przemysłowej rzeźni dewastującej nasz świat. Tak można podsumować nieciekawe przesłanie płynące z debiutanckiego krążka młodziutkiej, bardzo hałaśliwej kapeli z amerykańskiego Denver.

Przesłanie zakotwiczone muzycznie w szeroko rozumianym punk rocku, hardcore czy grindcore. Inoculated Life doskonale łączy treść i formę, serwując krótki, lecz bardzo intensywny strzał w styl życia oparty na bezmyślnym konsumpcjonizmie i bezrefleksyjnym wygodnictwie. Silnik tego buldożera napędza całkiem przemyślany mix death metalu z grindcorem, a napędza go wysokooktanowe brzmienie gitary z pogranicza powerviolence. Pierwsze odniesienie, jakie przychodzi na myśl, to oczywiście Napalm Death, ale raczej w ogólnym wydźwięku. Nasi bohaterowie są nieco wolniejsi, więcej kombinują w strukturach pojedynczych numerów. Jest sporo mniej porywistych momentów, bardzo mocno kojarzących się z japońskim Coffins, ale gdy zespół się rozbuja, to już mamy albo czystej wody death metal, albo rasowy, grindowy napierdol, przywołujący nowsze oblicze Extreme Noise Terror. Sporo riffowania, dużo kombinowania z tempem (Exist To Decay), czasem trafi się udana solówka (Abysmal Fixation). Dzierżący mikrofon Kevin Ruiz (momentami wspomagany przez basistę Kyle’a Goldsberry’ego) nie oszczędza gardła – w klasycznych, death metalowych fragmentach brzmi trochę jak Chris Barnes, a w bardziej odjechanych zbliża się do Barneya Greenwaya.

Zaskakuje mnogość przemyconych na tym albumie pomysłów. Płyta trwa niecałe 23 minuty, a wyziewa z niej grindcore’owy szał fantastycznie wkomponowany w najbardziej obskurny death metal. Zespół nie poszedł łatwą ścieżką skondensowanego, rozpędzonego do granic możliwości punka i grindu. Na Exist To Decay znalazło się miejsce na przemyślane, spójne kompozycje, gdzie charakterystyczne dla klasycznego death metalu patenty łączą się z powerviolencowym rozbuchaniem. Jeśli dodamy do tego zasyfione brzmienie, zbliżające się do crust punka, to już mamy cały obraz sytuacji. 

Jest krótko, ale bardzo treściwie. Ten album nie pędzi na złamanie karku, raczej przetacza się jak potężna, śmiercionośna maszyna, która niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze i nie zostawia nawet zgliszcz, bo i te wchłonie i przetrawi.

 

Ocena: 8,5/10

Rafał Chmura

Rafał Chmura

Im dłuższa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , .