Issfenn – “Mordwand” (2019)

Zaintrygowany ciekawą nazwą zespołu postanowiłem sprawdzić, w czym rzecz. Samo słowo wydaje się neologizmem, ale już tytuł drugiej płyty kanadyjskiego duetu nawiązuje do najwyższej stromej ściany Eigeru – najbardziej znanego szczytu w historii ekstremalnego alpinizmu.

Góry są, więc siłą rzeczy jest i las. A jak las i góry, to black metal. Niekoniecznie nawiązujący do jego atmosferycznych odmian, raczej bliższy death metalowym wpływom. Początek nie stanowi wielkiego zaskoczenia – wita nas czerń według szwedzkiego przepisu poprzepalana wyraźnymi inspiracjami Immortal. Lecz im dalej, tym ciężej i mroczniej. Saturn Return łączy w sobie skandynawski chłód, pierwotną gatunkową toporność i kilka nieoczywistych, aranżacyjnych rozwiązań. Prawdziwą perełką jest natomiast najkrótszy na płycie, death metalowy Within Its Throat Of Ice, w którym zderza się szał wczesnego Morbid Angel, progresywne zagrywki i posępność norweskiego brzmienia. Motoryczne, niemal skoczne początki Down In The Abyss, Roar The Satanic kłaniają się protoplastom gatunku, wprowadzając moment lekkiego rozluźnienia, ale w środku ukryto kilka rozwiązań, których pozazdrościłby każdy ambitny, poszukujący death metalowy skład. Im dalej, tym więcej śmierci, kosztem klasycznego, czarnego riffowania. Freefall In A Wishing Well ma w sobie atmosferę rodem z takich kapel jak Virus czy legendarny Ved Buens Ende, a wieńczący dzieło Throne Of Frozen Blood to już śmiertelna wariancja na temat starego, dobrego hard rocka, podana w czarnych barwach, zaaranżowana w sposób, którego nie powstydziłby się zespół Voivod.

Issfenn łączy w sobie bardzo dużo rzeczy ocierających się o awangardę ekstremalnych odmian metalu, ale robi to w sposób niemal przebojowy. Album mocno zaskakuje swoją przystępnością, będącą wynikiem naturalnego talentu do łączenia rzeczy na pozór bardzo od siebie odległych. Muzyczna wyobraźnia twórców zbliża się do rozwiązań, jakie przemycał w Voivod nieodżałowany Denis „Piggy” D’Amour. Issfenn z szacunkiem kłania się wielkiemu rodakowi i filtruje nieszablonowe pomysły przez death metalowe wibracje zagrane w czarnych barwach. Robi to lekko, świeżo, bez spiny i wielkiego silenia się na przestawianie granic. Mam wrażenie, że tak naturalnie płynąca, nieszablonowa muzyka nie mogłaby powstać nigdzie indziej. Zdaję sobie sprawę, że zestawianie młodego, szerzej nieznanego duetu z takimi nazwami jak Rush, Voivod, Nomeansno czy nawet Skinny Puppy jest grubym nadużyciem, ale kombinowanie Issfenn wywodzi się w prostej linii od wyżej wymienionych legend, a Mordwand dokłada maleńką cegiełkę do wielkości całego, muzycznego świata Kanady. Bardzo dobry album.

Ocena: 8,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , .