J’ai Si Froid… – Loin Des Hommes (2019)

Stare porzekadło uczy, aby nie oceniać książek (tudzież płyt) po okładce. Patrząc na okładkę płyty kompletnie nieznanego projektu pod nazwą J’ai Si Froid, trochę się przestraszyłem, że będę miał do czynienia z czymś na kształt harcerskiej poezji wyśpiewywanej przy ognisku. Na szczęście to tylko (lub aż) black metal.

Loin Des Hommes to trzecia odsłona zespołu, i zarazem pierwsza – jako projekt jednoosobowy. Za wszystkim ukrywa się tajemnicza kobieta o wdzięcznym pseudonimie Brouillard, która wydaje płyty według starej, punkowej zasady „do it yourself” – sama komponuje, śpiewa, obsługuje wszystkie instrumenty, nagrywa, wypuszcza we własnym labelu, nawet okładki i booklety tworzy sama. Jednym słowem pełne podziemie.

Żeby być całkowicie szczerym, odniesienia do piosenki ogniskowej nie są całkiem chybione,  pod warunkiem, że ognisko będzie się paliło zimową nocą i w lesie, w otoczeniu górskiej przyrody i jak najdalej od choćby najmniejszych śladów cywilizacji. Pięć potężnych pieśni, poprzetykanych dwoma instrumentalnymi ozdobnikami snuje się niczym przejmujący wiatr po szczytach i dolinach. Przeważnie rozpoczyna je delikatny motyw na gitarze akustycznej, czasem tylko przyozdobiony delikatnym klawiszem (Valse Mélancolique), by mogły rozwinąć się w kilkunastominutowe, powolne kolosy, pełne zimna, smutku i melancholii. Niby jest tu wszystko, co charakterystyczne dla atmosferycznego black metalu – szczątkowe melodie, masa klimatu i niepowtarzalna atmosfera samotności, ale obskurne brzmienie wyczerpujące definicję lo-fi oraz wkomponowanie paru ciekawych zagrywek, każe stawiać J’ai Si Froid raczej na obrzeżach gatunkowych ram niż w ich centrum.  Płyta nie jest tak mocno nacechowana prymitywnym radykalizmem jak poboczny projekt artystki (Brouillard), Loin Des Hommes stanowi nieco bardziej ugładzoną odpowiedź (jeśli o jakiejkolwiek ogładzie w przypadku takiej muzyki w ogóle można powiedzieć) na dokonania jej duchowego patrona, jakim jest twórca szwajcarskiego Paysage D’Hiver. Nasza bohaterka raczej unika romansowania z ambientem, stawiając na melodyjną, niemal balladową delikatność, wokół której roztacza zimne, cuchnące piwnicą tremolowe riffy, przytłumioną perkusję i wokal, który mógłby wpędzić w kompleksy co najmniej połowę black metalowych krzykaczy.

W swojej klasie to płyta właściwie pozbawiona wad, ale też większych fajerwerków. Ci, którzy lubują się w melancholijnym, atmosferycznym black metalu znajdą tu wszystko, co najlepsze, i zapewne nie przeszkodzi brak znamion oryginalności. No i same kompozycje, mimo że naprawdę udane i wwiercające się w głowę, to jednak trochę za długie. Po ponad godzinie obcowania z J’ai Si Froid można poczuć delikatny przesyt, co nie zmienia faktu, że to świetna płyta.

Ocena: 7/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , , .