Kampfar – “Ofidians Manifest” (2019)

Po zapowiedzi pożegnalnego występu, niemal dwóch latach koncertowej ciszy oraz aurze niepewności panującej wokół poczynań Kampfar, norweska ekipa ogłosiła swój powrót.
Oświadczenie grupy na Facebooku rozwiało jednak wszelkie wątpliwości co do przyszłości zespołu, nie bez dumy zapowiadając wydanie ósmego albumu w maju bieżącego roku. 

Trzeba przyznać, że po tej przerwie Kampfar zadbali o wielkie wejście, z singlami na czele. Pierwszy z nich, Ophidian, okazał się  z jednej strony demonicznym utworem rozpoczętym od ostrego, świdrującego tremolo, z drugiej kompozycją przesyconą aurą mistycyzmu, którą umiejętnie podkreśliło szeptane, niemalże rytualne outro.
Z kolei niepozbawione epickiej atmosfery Syndefall przywołało skojarzenia z „otwieraczem” albumu Djevelmakt, utworem Mylder. Słowa wykrzykiwane przez Dolka czystym, rozemocjonowanym głosem przeplatają się z growlem, sprawiając, że w utworze nie ma miejsca na monotonię. Chłodny, niepozbawiony wyrazistej melodii sound nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z nowszą odsłoną twórczości Kampfar.
Muzyka Norwegów w tak melodyjnym wydaniu charakteryzuje się wyjątkowo czystą produkcją już od albumu Mare począwszy, więc słuchacze mogą mieć wygórowane oczekiwania. Miejscami niniejsza produkcja pozostaje jednak celowo nieoszlifowana, co ma pewien urok. Słychać to zwłaszcza podczas kilku dramatycznych krzyków Dolka, które w studio bez przeszkód można by nagrać na nowo – końcowy fragment Eremitt jest tego trafnym przykładem. Pozostaje tylko przypisać tym niedoskonałościom charakter nagrania, które zamiast perfekcyjności stawia po prostu na szczerość. Wśród słów uznania, jakie należą się zespołowi po nagraniu Ofidians Manifest, nie warto koncentrować się na takich detalach.

Potknięć można by dopatrywać się w niektórych podniosłych wstawkach na Ofidians Manifest. Choć podobne zabiegi najczęściej brzmią na tle utworów bardzo spójnie, do zaczynającego się obiecująco ciężko Dominans zakrada się sztuczność. Jeśli dominujące (gra słów zamierzona) w utworze zniekształcone, wysokie głosy miały brzmieć upiornie, moim zdaniem uzyskały niestety odwrotny efekt, wybrzmiewając dosyć komicznie.
Jest to jedna z niewielu słabych stron Ofidians Manifest, gdyż jako następne dostajemy zimny, złowieszczy dźwięk klimatycznego Natt, a zaraz po nim Eremitt – jeden z mocniejszych punktów albumu. Mamy tu pagan metal, posępne intro, a nawet chóry, które są wkomponowane dosyć umiejętnie, bez przesadzonego patosu.

Żeby na szybkości i agresywności się nie zatrzymywać, Ofidians Manifest to również zwalniające, niemalże melancholijne partie – jak zagrany na pianinie pasaż w Natt czy najdłuższa i zarazem ostatnia ścieżka albumu Det Sorte z akustycznym intro.
Ponad ośmiominutowy finałowy kawałek nie jest jednostajny ani nużący dzięki zmianom tempa, a wiele z wykorzystywanych tam motywów przywodzi na myśl sprawdzone rozwiązania z albumu Djevelmakt. Wypada tutaj wspomnieć, że Ofidians Manifest nie sprawia wrażenia jakby było nagrane z „pozostałości” po Profan czy Djevelmakt i stanowi osobną całość jako album. Po wielokrotnym przesłuchaniu mimo wszystko ciężko byłoby zarzucić Kampfar, że ich najnowszy materiał bazuje na motywach żywcem wyjętych z poprzednich studyjnych dokonań – podobieństwa przypisałabym raczej wypracowanemu przez lata stylowi oraz unikalnemu, wręcz autorskiemu podejściu Kampfar do pagan metalu.

Warto się przekonać, jak wypadają Kampfar po „wielkim powrocie”, cztery lata po wydaniu albumu Profan, który na szczęście nie został ostatnim krążkiem w muzycznym dobytku grupy. Epickość wydawnictwa nie przytłacza, a zabarwiony pagan metalem black zgrabnie balansuje pomiędzy stylami i w efekcie nie męczy przesadną ilością melodyjnych czy podniosłych wstawek.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , , , .