Ketzer – “Cloud Collider” (2019)

Podpisanie kontraktu z renomowaną wytwórnią płytową to wielkie wydarzenie w karierze każdego zespołu. Kariera profesjonalnego muzyka – coś, co z początku wydaje się pomysłem całkowicie abstrakcyjnym – staje się obrazem całkiem realnym i namacalnym. Podobnie wyglądała sytuacja chłopaków z niemieckiej formacji Ketzer. Kapela po wydaniu dwóch świetnych krążków została zauważona przez wytwórnię Metal Blade Records, która szybciutko wzięła Niemców pod swoje skrzydła. Pierwszym owocem tej współpracy był wydany w 2016 roku krążek Starless, który – mówiąc bardzo łaskawie – był raczej nietrafioną próbą imitacji brzmienia Szwedów z Tribulation. 3 lata później Panowie z Ketzer powracają z nowym albumem zatytułowanym Cloud Collider, który w dużej mierze nawiązuje do początków działalności grupy i odcina się od dość słabego Starless.

Po ujawnieniu okładki nowej płyty moje nadzieje na powrót do formy z czasów świetnego debiutu Satan’s Boundaries Unchained (2009) znacząco się ożywiły. Singlowe No Stories Left oraz The Wind Brings Them Horses dodatkowo podsyciły apetyt. Chcąc nie chcąc, odkąd dane mi było usłyszeć debiut Ketzer, moje zainteresowanie współczesnym thrash metalem i jego hybrydami znacznie wzrosło. Jak dobrze, że formacja nie poddała się po porażce!

Na Cloud Collider Ketzer powraca do korzeni, umiejętnie wprowadzając nowe elementy do swojego repertuaru. Płyta brzmi o wiele bardziej naturalnie niż jego sztampowy poprzednik, który jest przesycony w dużej mierze nazbyt udziwnionymi rozwiązaniami. Oczywiście, na Cloud Collider słychać tlące się echa Starless (patrz: Walls), ale są one znacznie bardziej stonowane i odpowiednio dopasowane, przez co nie wprawiają słuchacza w zakłopotanie. Znakomita większość płyty to niepohamowany atak black/thrash metalowej maszynerii, przepełnionej masą świetnych riffów, które zabierają słuchaczy w podróż powrotną do czasów Satan’s… oraz Endzeit Metropolis (2012). Pod tym względem na szczególną uwagę zasługuję utwór tytułowy, który żywcem brzmi jak wyrwany z debiutu, co jest najlepszym dowodem na to, że piątka Niemców wciąż ma w sobie tę żarliwość, która napędzała ich młodzieńczą wściekłość równe 10 lat temu. Na Cloud Collider powróciły blasty, co niezmiernie mnie ucieszyło, miło jest znów doświadczyć energicznej i zarazem kreatywnej gry Desecratöra. Pragnę wyróżnić również łączący stylistykę Endzeit Metropolis i Starless kawałek Keine Angst, który – pomimo nieco odstraszającego tytułu – wyjątkowo sprawnie łączy soczyste, agresywne riffy z ciekawą melodyką i singalongowym refrenem. Wspomniany wcześniej utwór The Wind Brings Them Horses również zasługuje na słowa uznania za dopasowane liczne zmiany tempa i atmosfery. No Stories Left zaskakuje swoją bujającą sekcją rytmiczną i galopującym, wysokim riffem, który z pewnością zachęci niejednego koncertowego amatora do aktywnego udziału w mosh picie. Z kolei zamykający płytę kawałek Light Dies Last nie za bardzo mnie do siebie przekonuje. Panowie ewidentnie chcieli zakończyć sprawę z przytupem, a w moim odczuciu znalazło się tu zbyt dużo zbędnego patosu, który w żaden sposób nie oddaje całkowitego nastroju, bądź co bądź mocnego i satysfakcjonującego krążka.

Cloud Collider to udany powrót po okresie ciemności, który przydarzyć się może każdemu, nawet najbardziej szanowanemu zespołowi. Ketzer udowodnili, że potrafią wykorzystać swój talent i stworzyć dzieło wysokiej jakości. W moim przekonaniu piątka muzyków powróciła z tarczą, a ich czwarta pełnowymiarowa płyta to interesująca kombinacja black/thrash (z uwydatnieniem tego pierwszego) metalowej hybrydy z tu i ówdzie porozsiewanymi momentami post-metalowych dewiacji, których nienachalny charakter dodaje krążkowi kolorytu i ekspresji.

7.5/10

 

Marcel

pleasure too safely enjoyed lacks zest
Marcel

Tagi: , , , , , , , .