Khaldera – “Alteration” (2016)

Być może mówienie o rozczarowaniu, w przypadku zespołu, który ma w swoim dorobku jedno demo i EPkę, to pewne nadużycie, ale tak właśnie się trochę czuję. Relief, debiut post rockowej Khaldery, może nie był jakąś muzyczną ucztą, ale znajdowały się tam fragmenty przykuwające uwagę. Pomijając fakt, że brzmieniowo demówka wypadała trochę jak nagrywana w kiblu, można było mieć nadzieję na coś ciekawego w przyszłości. Tymczasem Alteration jest niestety bezpłciowe, jak anioł.

Na początek jednak spory plus i znaczący progres w stosunku do debiutu – brzmienie. Perfekcyjne i w dużej mierze uprzyjemniające słuchanie dość przeciętnych kompozycji. Są naprawdę dobre płyty dużo większych zespołów, z podobnych gatunkowo rejonów, które brzmią zdecydowanie gorzej. Problem polega na tym, że kiedy brzmienie jest najlepszą cechą albumu, to już jest kiepsko.

Alteration nie jest złą EPką, ta świadomość towarzyszy mi za każdym odsłuchaniem. Teoretycznie wszystko, co być powinno, tu jest i powinno działać, bo nie mamy do czynienia z prostym rzępoleniem muzyków, co chcieliby być post rockowi, ale nie bardzo potrafią – warsztatowo jest w porządku. Ale nic tu nie rusza, nic nie porywa, nic nie przykuwa uwagi. Kiedy wrzucisz Alteration do odtwarzacza, to szybko się okaże, że zamiast skupić się na muzyce, zacząłeś przeglądać artykuły o fizyce kwantowej na Wikipedii lub zdjęcia śmiesznych kotków. A muzyka gdzieś tam sobie gra i nawet nie przeszkadza, ale niewiele ponadto. Czy to plus, czy minus: oceńcie sami, ja oczekuję jednak czegoś innego.

Kompozycje są tu trzy i przyznać trzeba, że przynajmniej każda prezentuje coś nieco odmiennego. Impending Tempest to właściwie monumentalne w zamyśle intro, które ma prowadzić do czegoś większego – co byłoby całkiem sensowne, gdyby coś większego się faktycznie dalej na Alteration działo. The Inevitability of Transition to „mięcho” EPki i jej część właściwa. Długi utwór o nawet przyjemnym, nieco niepokojącym gitarowym motywie przewodnim. Dzieje się tu sporo i gdzieś tak do połowy nawet całkiem z sensem i klimatem, ale później kompozycja rozłazi się w typowy, post-rockowy przerost formy nad treścią. Ostatni Afterglow to taki kosmiczny wyciszony odjazd w rejonach wczesnego Porcupine Tree. Przyjemny, jednak kompletnie niczym się nie wyróżniający i nie zostający w głowie nawet na chwilę.

Dokładnie takie jest zresztą całe Alteration. Poprawne i mieszczące się dokładnie pośrodku skali, jednak nic więcej. Być może z Khaldery jeszcze się coś wykluje, bo potencjał miejscami daje o sobie znać, ale póki co, zamiast progresu jest dreptanie w kółko.

Ocena: 5/10

Tagi: , , , , , , .