Khaospath – „…for the Devil Speaks the Truth” (2016)

Ostatnim tchnieniem roku Pańskiego 2016 (Wy w zasadzie czytacie to już wraz z pierwszym krzykiem roku 2017) spieszę Wam donieść o jeszcze jednym albumie, który dzięki uprzejmości Immortal Frost Productions trafił do mojego odtwarzacza. Mam tu na myśli jedną z pięciuset kopii drugiego w historii zespołu Khaospath, albumu o jakże przewrotnej nazwie …for the Devil Speaks the Truth.

Wiadomo, że do każdego wydawnictwa przykuwa coś „na pierwszy rzut oka”. W tym przypadku dla mnie jest to postać lidera kapeli, Maltańczyka z pochodzenia. A jak Malta, to kto wie, może jakieś wpływy włosko – tunezyjsko – libijskie? Oj może się dziać…

…for the Devil Speaks the Truth to prawie godzina solidnego blackmetalowego łojenia. Niech nie zwiedzie Was pierwszy, nieco wolniejszy kawałek. Niech nie zmyli Was ponad-dziesięciominutowy, nostalgiczny Ravens Dawnfall. Przecież Diabeł nigdy nie kłamie. I nie piszę tego w nawiązaniu do sławnego paradoksu Eubulidesa (paradoksu kłamcy).

Tegoroczna odsłona chorych idei Marka Azzopardiego, to kawał bardzo przemyślanej i bardzo ostrej muzyki przedstawionej w blasku łuny pierwotnego black metalu z czasów świetności Mayhem czy Darkthrone. Ostra, dobitna perkusja z wyraźnie zaznaczonymi talerzami ujada niczym wściekły pies głodzony na łańcuchu u pijanego gospodarza z zabitego dechami przysiółka, gdzieś na końcu Bieszczad. Partie gitar to ściana dźwięków, tyle że z zaznaczonym motywem przewodnim i wzorem, który prowadzi słuchacza przez kolejne utwory. I taki jest szkielet płyty. Solidny, prawdziwy, sprawdzony. Szkoda tylko, że maltańskich naleciałości nawet nie czuć.

A na tej właśnie konstrukcji powieszone są różne błyskotki, które powodują, że album nabiera rumieńców niczym wiejska dziewka po remizowej potańcówce. A to partie wokalne a’la Running Wild w świetnym (najlepszym chyba na płycie) Oraculum Strigoi. A to opętańcza ornamentyka w Lunacy Triumphant. Albo po prostu kawałek A Blade at the Edge of Sanity w każdym jego momencie (kurde, może to ten utwór jest numer jeden?).

I choć płyta jest równa, a miejscami wręcz przewidywalna, chociaż stworzona i nagrana w bardzo zachowawczym (jeśli można tak nazwać raw black) stylu, to przez te właśnie smaczki słucha jej się niczym opowieści starego przyjaciela. Niby znasz, niby wiesz jak się skończy, ale wszystko to takie ciekawe, i zawsze jest jakiś nowy detal, że aż chętnie posłuchasz raz jeszcze.

No właśnie, ja swoją płytę zniewoliłem do formatu mp3 i tak uzbrojony siedzę właśnie w górach i żegnam stary rok. Oby nowy przyniósł jeszcze więcej „khaospathopodobnych” nowości!

Ocena 8,5/10

 

Tagi: , , , , , , , .