Kill – “Slay Their Hope” (2018)

Uwielbiam „turbo-epki” od zawsze. Takie trwające w przedziale od ośmiu do piętnastu minut. Zbite, napchane energią i pomysłami, które mogłyby zapełnić pełne wydawnictwo. Do dziś wracam na przykład do Hatepshere The Killing Ep, The Black Dahlia Murder Grind’em All czy Vader The Art of War (w sumie Vader wydał na świat dużo dobrych ep). Bardzo bym chciał też wracać w przyszłości do trwającej niecałe 11 minut epki Kill Slay Their Hope. Czy mi to będzie dane – nie wiem, gdyż zespół postanowił nie wypuszczać materiału na cd, a jak czegoś nie mam na półce, to łatwiej o tym zapominam. Jest to decyzja podjęta przez chwilowe zawieszenie działalności koncertowej, a wiadomo, że to na koncertach głównie zespoły mają większe możliwości swoje płyty sprzedać, jeżeli nie wspiera ich wytwórnia. Więc życzę w tym momencie zespołowi Kill wydawcy i powrotu do mordowania również na żywo, bo muzyka zawarta na Slay… daje pokaz prawdziwego talentu zabijania ze skutecznością Ligi Zabójców prowadzoną przez Ra’s al Ghul’a znanego ze świata DC Comics.

W niepełnych jedenastu minutach zespół zmieścił cztery miażdżące kompozycje o niebagatelnym ciężarze. Nazwa i okładka pchnęła skojarzenia w kierunku Cannibal Corpse i ich albumowi Kill. Jest to tor myślowy jak najbardziej właściwy. Muzyka Kill bardzo mocno oscyluje w klimatach brutali z Florydy, a konkretniej w stylistyce utrzymywanej przez Kanibali po dołączeniu Corpsegrinder’a.

Materiał nagrano w dwóch studiach, perkusję w JNS Studios przez samego Pavulona (Antigama, ex- Vader, ex- Decapitated), a resztę tracków zrealizowano w Valvitz Studio. Za miks, mastering i stronę wizualną odpowiedzialny jest znany z Feto In Fetus Michał Grabowski i jego Blackteammedia. Brzmienie, podobnie jak muzykę, oceniam jako potężne i idealnie pasujące do siebie nawzajem.

Od pierwszych dźwięków Pillars of Cadavers mamy do czynienia z bezkompromisowym łamaniem kości, wykręcaniem ścięgien, wbijaniem noży i cięciem skalpelem. Jest to utwór, który chyba najbardziej przypomina Cannibal Corpse, bo po szybkim galopie na starcie pojawiają równie charakterystyczne dla CC zwolnienia, potem solo. Miłość do muzyki Amerykanów aż wypływa z głośników, ale w żadnym wypadku nie odbieram tego jako kopiowanie. Kill pomimo ewidentnych ciągotek do Cannibal posiada jednak swoją tożsamość.

Drugi, Misery of Aftermath, z kolei ma coś z Morbid Angel z czasów Tuckera. Możliwe, że mam takie skojarzenia dzięki brzmieniu głosu wokalisty, który ryczy jakby był odpowiedzialny za nagranie Formulas Fatal to the Flesh. Bardzo ciekawa kompozycja, z dobrym aranżem i częstymi zabawami formą.

Kolejny, Cancer of Grace, to pierwszy i jedyny wolny „deptacz czaszek”. Wyłapuje tu delikatny wpływ Scourge of Iron wielokrotnie przywoływanych w tej recenzji mistrzów z Cannibal. Bardzo dobra kompozycja, którą bardzo bym chciał usłyszeć na żywo. Jeden z tych songów, do których pasuje hasło „ cała sala zapier….”.

Zamykaczem jest tytułowy Slay Their Hope, utrzymany w średnich tempach. Do wtóru szybkich riffów wokalista wypluwa z siebie słowa z prędkością robiącą wrażenie. Po wolniejszym, poprzedzającym utworze Kill przypomina na do widzenia, że nie ma z nimi ziewania.

Ep Slay Their Hope to mój pierwszy kontakt z zespołem Kill. Na sto procent nie ostatni bo mam zamiar dorwać się do wcześniejszych dokonań zespołu i mam też nadzieję, że będzie mi dane obcować z kolejnymi nagraniami zabójców. Materiał ze Slay… jest bardzo dobry, może i nasiąknięty wpływami innych załóg, ale odbieram to w tym przypadku jako zaletę. Próbowaliście kiedyś zagrać cover Cannibal Coprse? Jeżeli tak, to już wiecie, że tworzenie w podobnym stylu do łatwych też nie należy.

9.5/10

Tagi: , , , , , , .