Kill The Unicorn – „Prism” (2017)

Po ciężkim dniu w pracy, nie ma chyba nic lepszego jak korespondencja z zagranicy. Tym razem w skrzynce pocztowej znalazłem paczkę zaadresowaną ze Szwajcarii. Brązowa koperta skrywała nietypowy ecopack. W metalu, cukierkowe oprawy płyt należą do rzadkości. Ta jest wyjątkowo kolorowa i na półce, obok tych wszystkich mrocznych i ponurych okładek, będzie prezentowała się bardzo osobliwie. Wydany na początku października ubiegłego roku przez DIY krążek, prezentuje się naprawdę ładnie. Jedyne, co mi się nie podoba to wkładka. Lubię, kiedy jest ona uzupełnieniem całości, tutaj jednak dostajemy prymitywne, trochę dziecinne rysunki w tonacji czerni i bieli.

Kill The Unicorn gra eksperymentalny metalcore, który zawiera elementy hardcore’u, jazzu, funku a nawet konsolowych, 8-bitowych dźwięków. Ich debiutancka płyta – Prism wręcz kipi od tej fuzji i przyznam szczerze – nigdy wcześniej czegoś podobnego nie słyszałem.

Pierwszy numer od razu zdradza z czym mamy do czynienia. Motoko Kusanagi zaczyna się krótkim wstępem rodem z epoki gier typu Mario Bros. Zaraz po nim, gitary zaczynają grać pełne breakdownów, typowe dla metalcore’u riffy. Wszystko podkreśla fachowy, autentyczny wokal, fajnie perkusyjne bity i wyraźny, pulsacyjny bas. Dreams In 56k jest dwudziestosekundowym intrem do ciekawego Ode To Spot. Jest to jena z najbardziej nieszablonowych piosenek na płycie. Znajdziemy tu wszystkie cechy, które wyżej przypisałem ich muzyce, łącznie z kocim pomiałkiwaniem. Wormhole To Gliese 556c jawi się jako najbardziej agresywny numer na płycie. Zawiera komplet metalcore’owych zagrywek, garściami czerpiąc z djentu. Podobnie jest w przypadku F.U.C.K.U.P, w którym przeprowadzony został ciekawy zabieg cyfryzacji wokalu i gitar, tak aby brzmiały właśnie jak wyjęte z pierwszych przenośnych automatów do gier. Z kolei Me And My Velociraptor wcale nie przypomina reszty utworów. Ten instrumentalny numer, przy którym można odetchnąć, brzmi trochę jakby palce w nim maczał John Frusciante, którego solowymi albumami osobiście jestem zafascynowany i dobrze wyczuwam tutaj ich pierwiastek. Reszta płyty to już typowa core’owa młócka. Conqustador trzyma wysoki poziom, który Panowie prezentują już od pierwszego numeru. Catacombs również nie wyróżnia się od reszty niczym szczególnym, oprócz kilku spokojnych zwolnień. Podobnie jest zresztą w przypadku Ausgefuchst i Rendesvouz with Cleopatra – są na podobnym poziomie, co cała reszta i myślę, że nie trzeba się o nich dodatkowo rozwodzić. Kończący album, jedenasty Pitch Black VR wyjątkowo wpadł mi w ucho, za sprawą genialnej, choć nie odkrywczej gitarowej zagrywki.

Prism z pewnością nie jest tylko kolejną, metalcore’ową płytą. Chłopaki z Kill The Unicorn bardzo się postarali, bo przecież wplecenie tylu efektów i implikacji bez utraty jakości brzmienia na pewno nie było łatwe. Płyta gra jak powinna, jest równa, spójna i pełna wykwintnych smaczków. Z pewnością zasługuje na uwagę, a przy tak dużej ilości innowacyjnych dźwięków szybko się nie znudzi. Osobiście, zapalonym fanem tego gatunku nie jestem, ale do pojedynczych kawałków wracać będę często i z przyjemnością.

    8/10

Latest posts by Adam Abramowicz (see all)

Tagi: , , , , , .