Klenved – “Klenved” (2019)

Uwaga, uwaga! Dziś będzie o fajnych, skocznych, wpadających w głowę piosenkach! Void, albo jak kto woli Vojd Von Korpserizer, człowiek odpowiedzialny za jednoosobowy projekt Klenved, zaatakował właśnie pierwszym pełnym albumem pod tym szyldem. Facet zdobył moje uznanie właściwie z marszu – po raz pierwszy od niepamiętnych czasów francuski muzyk sprawił, że przy każdej piosence uśmiechałem się pod nosem. Z autentycznej radości.

Ale czy coś, co ma swoje korzenie w black metalu, może być radosne? Okazuje się, że tak. Nie znaczy to, że Klenved celuje w łatwe, proste i banalne melodyjki podlane czarnym sosem. Tu nie ma słońca, jest pochmurnie, deszczowo i dość mglisto, a taka aura też potrafi mieć niezaprzeczalny urok. Klenved potrafi wytworzyć taki klimat bez pudła, na dodatek umiejętnie przenosi go z niedostępnych, leśno-górskich odmętów w industrialne otoczenie. Francuz zasnuwa niebo ołowiem w mieście. Nie sposób wyzbyć się skojarzeń ze zdewastowanym krajobrazem dawnych, robotniczych dzielnic w metropoliach i sam się jeszcze zastanawiam, skąd one się biorą. Klenved wychodzi od prostego riffu na średnim tempie, ale jest to riff zdecydowanie czarny, podbity punkowym feelingiem i prostym rytmem, nadającym kapitalny, piosenkowy charakter. Na początku brzmi to trochę jak ostatnie dokonania Darkthrone skrzyżowane z Bad Brains i przyprawione odrobiną siarczanego wyziewu szwedzkiego Gehennah. Naprawdę fajnie się robi, kiedy chrypliwy, zainspirowany Cronosem wokal zamienia się w czyste partie, szczególnie w refrenach. Nie sposób nie tupać nóżką przy Rust, a potem nucić sobie te melodie przy goleniu, mimo że są zdecydowanie minorowe. How to już niemal czysty industrial przełożony na punkowo-blackowy język, bo recytacje biegnące obok rytmiki i poza-gitarowe dodatki przywołują całą gamę brytyjskich kapel, z Godflesh na czele, choć pozornie nie mają z nimi nic wspólnego. I chyba w tym tkwi największy urok i tajemnica tej płyty – to industrial zagrany bardzo na czarno. Powtarzające się motywy, czasami jednostajne tempo, marszowe rytmy, posmak spalin fabrycznych kominów, odhumanizowana sekcja – wszystko tu jest, tylko trzeba chcieć to usłyszeć.

Rzadko trafiają się takie płyty. Tak nieskomplikowane, niemal banalne, zagrane na kilku motywach, które brzmią jakby twórca nauczył się ich przypadkiem. Wyczuwalny na początku albumu bałagan zamienia się w misternie uporządkowane klocki, które układają się w doskonały, spójny, zimny, mokry i piosenkowy album.

Ocena: 8,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , .