Kontinuum – “No Need to Reason” (2018)

Kontinuum swoim trzecim krążkiem pt. No Need to Reason już na dobre zagrzali miejsce na islandzkiej scenie. No Need to Reason jest trzecim albumem w dyskografii Kontinuum i ukazało się w lipcu tego roku, nakładem Season of Mist. Poprzednie wydawnictwa Kontinuum Earth Blood Magic (2012) czy Kyrr (2015) prezentowały raczej niższe i cięższe brzmienia, tymczasem po 3-letniej przerwie pierwszy singiel najnowszego albumu okazał się mało strawnym miksem popu, post-rocka i Sigur Rós. Dopiero wydanie całości pozwoliło mi zanurzyć się w tej muzyce jakkolwiek tym razem mocno oderwanej od swoich korzeni. Wciąż mamy zachrypnięty wokal Birgira Þórgeirssona, który chwilami zamienia się w krzyk, dobrze słyszalny bas, a także to specyficzne „zimno” w kompozycjach, oszczędność w melodii i strukturze, która jest tak charakterystyczna dla artystów z dalekiej Północy, a i teksty nadal traktują o dzikiej naturze, smutku i demonach przeszłości. Wszystko to razem wzięte tworzy melancholijne wydawnictwo z odrobiną pieprzu.

Na całość składa się dziesięć utworów, z których każdy utrzymany jest w podobnym klimacie, zarówno na polu muzycznym, jak i tekstowym. Ta zaledwie czterdziestosześciominutowa podróż przypomina rejs przez nieprzewidywalne wody Atlantyku, które raz potrafią zaskoczyć nas flautą, a raz wzburzonymi bałwanami. Lecz gdy rejs się kończy, a muzyka staje się coraz ciemniejsza i zimniejsza, dziwimy się, że chcemy jeszcze. Tak się dzieje, gdy docieramy do zaledwie drugiego utworu, Lifelust, który zaczyna się spokojną gitarą Guðmundssona i wokalem Þórgeirssona wynurzającym się z głębin. Wolne aranżacje hipnotyzują, tylko po to, aby w kolejnym utworze, Warm Blood, który niezmiernie przywodzi mi na myśl styl Grave Pleasures, dodać mocne pieprznięcie w postaci szybszego tempa, screamu i świetnego dialogu dwóch nisko przesterowanych gitar. Moim ulubieńcem jednak nadal pozostaje powolne Two Moons, który brzmi jak kołysanka, taka chwytająca za serce i wyciskająca łzy z oczu.

Pod pewnymi względami No Need to Reason jest podobne do ostatniego, dyskusyjnie innego w swoich klimatach wydawnictwa Sólstafir z maja poprzedniego roku – jest inne, delikatniejsze, subtelniejsze. Nie ma się zresztą co temu dziwić, oba zespoły zaczynały jako black metalowe (Kontinuum występowali jeszcze pod nazwą Potentiam), torując drogę pierwszym tego typu bandom na wyspie. Stąd też od zawsze członkowie zespołów byli w bliskim kontakcie (zawiązał się nawet pewien duet Katla), więc zapewne wpływały na siebie nawzajem.

Jeśli ktoś lubi szufladkować muzykę, ja określiłabym ten album jako progresywny post-black z elementami post-rocka i shoegaze. Jest to płyta, do której musiałam się przyzwyczaić, ochłonąć po zawodzie pierwszego singla (który nadal jest dla mnie najsłabszym ogniwem tego albumu) i dopiero potem pozwolić się zanurzyć w te zimne objęcia No Need to Reason. A gdy w lipcu zobaczyłam panów z Kontinuum na żywo na festiwalu Eistnaflug, gdzie zagrali dużą część albumu, wiedziałam już, że jest to jedno z lepszych wydawnictw z Północy w 2018 roku.

Ocena: 7/10

Tagi: , , , , , , , , , .