KoRn – “The Serenity of Suffering” (2016)

KoRn jest formacją kvlt-ową. Bez dwóch zdań. Amerykańscy prekursorzy dość krytykowanego na przestrzeni lat nurtu nu-metalu z każdym nowym wydawnictwem wzbudzają zainteresowanie. Jeśli myślisz KoRn, widzisz miotającego się na wszystkie strony Jonathana Davisa w dresie adidasa, słyszysz wyraźny, basowy klang Reggie’go “Fieldy’ego” Arvizu, apetyt na ciężkie, bujające, niemal posępne riffy Jamesa “Munky’ego” Shaffera wzrasta na wieści o powrocie do składu drugiej gitary Briana “Heada” Welcha. I perkusja. Obecnie Ray Luzier, który bębni aż żyły pulsują. Do tego pełne wściekłości i bólu egzystencji liryki Davisa, opowiadające o przemocy, wykorzystywaniu, problemach z nałogami i wszechobecną ignorancją. Teksty, za które JD Nobla nie dostanie, ale które za dobrych czasów były hymnami przedstawicieli generacji X. I niezależnie od opinii pozytywnych czy negatywnych, każdy szanujący się słuchacz muzyki tzw. ciężkiej odruchowo sprawdza, jak Panowie namieszali tym razem, przy czym – bez oszukiwania – ostatnim albumom głównie się obrywało. Udziwnione producenckie pomysły, jak romanse ze Skrillexem i Noisia, eksperymenty z dubstepem na płycie The Path of Totality (2011) czy nawet industrialem na See You on the Other Side (2005), średnio korzystny okrojony skład, przehandlowanie ciężkiego brzmienia na rzecz melodii i wypchaniu słabych numerów elektroniką wybaczam i się kłaniam, bo oto najnowszy album The Serenity of Suffering (premiera 21 października br., w całości do odsłuchu w sieci) to w końcu prawdziwy i godny następca Untouchables (2002) – tak, ten album wbrew opiniom wielkich znawców cenię. Krytycy wróżyli, że albumem Paradigm Shift (2013) KoRn powrócił na właściwą sobie ścieżkę, ale to właśnie niniejszy longplay jest stosownie surowy, gęsty, charakterystyczny i piekielnie “kornowy”.

Od samego początku KoRn wyciąga swoje sprawdzone patenty, sygnowane ich specyficznym, momentami przytłaczającym brzmieniem. Album otwiera utwór Insane potężnym riffem, growlem Davisa, jest miejsce na skrecze i łagodniejsze zawodzenie w zwrotkach. Na drugą nóżkę dostajemy prosto w ryj: wydany na singlu Rotting In Vain to już nie zwiastun na powrót KoRna sprzed dekady, a dowód, że się udało! To wszystko już było, ale z jaką lekkością jest odświeżone. Nieskomplikowany riff, bas na myśl przywodzi stare, dobre momenty z utworu Falling Away From Me, refren wpada od razu do głowy i te wspaniałe dziwolągi wrzeszcząco-wokalne Davisa w przejściach jak w numerach Twist czy Freak On A Leash. Kolejny Black Is The Soul nieco zwalnia tempo, ale za to daje dokładnie to, po co przyszliśmy – miażdżące brzmienie. The Hating, A Different World z gościnnym udziałem Corey’a Taylora ze Slipknot (genialny numer!), Take Me z miejscem na przebijającą się (ale nie dominującą) elektronikę w tle to znów charakterystyczne “korny”, przemyślane, porządne łojenie, świetnie bujający groove, naładowane emocjonalnie przejścia – uszyte hity. Połowa albumu, a już nie sposób powstrzymać się od oceny. Everything Falls Apart oddziałuje łagodniejszymi zwrotkami i melodyjnym refrenem, a w przejściu serwuje obłąkańcze krzyki i schizofreniczne pojękiwania genialnie akcentowane przez JD. Tak, to też już było, ale co z tego, skoro wszystko pasuje jak ulał. Die Yet Another Night i When You’re Not There (najsłabszy numer wg mnie) operują prostymi, ale solidnymi riffami, które robią robotę i bardziej zwróciły moją uwagę niż wachlarz wokalny. Poza tym gdzieś ginie mi tu perkusja, jest zbyt płasko, brakuje mocy od tej strony. Zamykające Next In LinePlease Come For Me to KoRn w pigułce, już bez cienia zaskoczenia, jak dobrze złożone są kolejne utwory. W wersji de-luxe płyty są jeszcze dwa numery: Baby może spokojnie wyjść na kolejnym singlu i z miejsca będzie przebojem, podobnie jak absolutnie nie dający wytchnienia Calling Me Too Soon. To są – najbardziej lakonicznie rzecz ujmując – po prostu dobre piosenki.

Ale czy nie za dużo tu cukru? To pierwszy album KoRna od lat, który nie chce wyjść z głośników. Nie odkryjecie tu żadnego nowego lądu, schematy są ciągle te same. Na przestrzeni lat KoRn dał nam tyle dobrych numerów, co zupełnie niegodnych uwagi, więc podejście możecie mieć sceptyczne. Za to czego nie można odmówić grupie KoRn to zawsze dopieszczona produkcja. Na każdej płycie ten aspekt był zawsze pielęgnowany i nigdy pomijany, nie wchodząc już w rozważania o lepszych/gorszych kompozycyjnie momentach w twórczości. Tak też jest z najnowszym dziełem. Bez owijania w bawełnę całość to solidna dawka ciężaru, i tym samym wielkie brawa dla producenta Nicka Raskulinecza. Z dziesiątek grup mieszających funk i hip-hop z metalem KoRn przetrwali nu-metalową śmierć i niejako śmiem twierdzić, że w tym gatunku się odrodzili. W tym roku KoRn obchodzi 22. rocznicę działalności od wydania debiutu i nie zanosi się na nu-metalową emeryturę. Z sukcesem niniejszego krążka media już rozpływają się i zwiastują ponowne zainteresowanie tym odgrzanym kotletem, rozpisując się o crossoverowych następcach zapomnianego nurtu, np. Islander, Hundreth czy Issues. Z podium nie schodzi przecież Slipknot, Deftones wciąż nagrywa i wyprzedaje koncerty, reaktywowało się Coal Chamber. Zainteresowanie chwilowe czy na dłuższą metę – zweryfikuje czas. Na pewno echa znudzenia niedawnym olśnieniem djentu w muzyce metalowej czy chociażby przemielonym metalcore’m czuć coraz częściej. Kto by się spodziewał.

Słowo o oprawie. Przed premierą dostaliśmy 4 single – 3 dopracowane klipy fabularyzowane – Insane, Rotting In Vain, Take Me – oraz animowany A Different World, ochrzczony już mianem “tool-owego”. Natomiast szata graficzna krążka szybko nasuwa jednoznaczne wizualne skojarzenia: znów smutne dzieci, brudne maskotki, lalki bez oczu. Okładka albumu (zupełnie mi obojętna, na pewno jej nie zapamiętam) również w pewien sposób koresponduje z poprzednikami, głównie z wydawnictwami “Korn” (1994) i “Follow the Leader” (1998). Żeby za bardzo nie wnikać w interpretację, sam Munky wyjaśnił zamysł, przekazując informację od twórcy grafiki Rona Englisha: “Chłopiec wyciąga maskotkę ze stosu porzuconych zabawek na skraju drogi. Zmierza w gąszcz wesołego miasteczka. Właściwym tematem jest odrodzenie, chłopiec odzyskujący siły po traumie z dzieciństwa tworzy nową historię, pokonuje demony, które go niszczyły. Reanimuje maskotkę, jakby była nim samym i cokolwiek, czego się bał, będzie pochłonięte i odrzucone dzięki tej maskotce” (źródło: instagram munky_korn). Zatem bez drążenia tematu – “odrodzenie” będzie najlepszym słowem definiującym najnowszy, 12 (!) krążek KoRna. Jeśli zapytacie, czy nie czuję monotonii tak mało przecież oryginalnym zaserwowanym zestawem, odpowiem: nie. Zawsze będę cenić długowieczne zespoły, które z ambicją poszukują nowych dróg rozwoju i nie zatrzymują się w swoim gęstniejącym sosie, ale tym razem nie mogę powstrzymać radości zakrętu tej formacji do swoich korzeni, do stylu, który tak pieczołowicie lansowali. Co więcej…polecam!

Ocena: 8,5/10

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , .