Kosmokrator – “Through Ruin….Behold” (2019)

Po pierwszym odsłuchu tej płyty długo nie mogłem się otrząsnąć z wrażenia. Szok był spowodowany zarówno samą muzyką, jak i faktem odkrycia kolejnej perełki, o której mam nadzieję będzie niedługo naprawdę głośno. Belgijska grupa całkiem anonimowa nie jest, bo demo i EPka odbiły się echem w podziemiu, teraz przyszła pora na pełnoprawny, płytowy debiut. Wieść gminna niesie, że materiał na Through Ruin…Behold powstawał kilka lat, co niekoniecznie można wywnioskować z albumu.

Kosmokrator babra się w kotle ze smolistym death metalem, oprawiając go w mocne, black metalowe ramy, i wypełniając puste przestrzenie sporą ilością pokręconego drone’u, odrobiną industrialnego szumu i całą masą brutalnej, metalowej psychodelii. Gitarowe tornado potrafi być gęste i gorące jak wulkaniczna lawa, a przeplatający je tu i ówdzie niejednostajny szum tylko potęguje wrażenie obcowania z czymś nietuzinkowym. Mnóstwo zmian tempa – od opartej na blastach nawałnicy, przez ocierające się o techniczny death metal wygibasy, po proste, znane od lat kanonady. Ilość motywów potrafi czasami przytłoczyć, ale gdy poświęcimy albumowi odpowiednią ilość czasu i uwagi, wszystkie klocki wskoczą na swoje miejsce. Tu nic nie jest przypadkowe, każdy fragment ma swoją logikę, a kompozycyjny szyk nie pozwala nawet pomyśleć choćby o chwili nudy. Ale dogłębnie przemyślana muzyka to nie wszystko, bo Kosmokrator stawia przede wszystkim na atmosferę – pełną piekielnego smutku, przytłaczającą, cholernie ciężką, depresyjną i oblepiającą słuchacza jak gęsta, lepka maź, która powoli wchłonie i udusi. Wszystko podsycają stonowane fragmenty oparte na drone’ach, wszelkich szumach i pełnego emocji, urozmaiconego wokalu. Wokalista operuje raczej standardowo – od krzyku, przez growl, po wrzask, ale czasem nieco spuści z tonu lub ubarwi utwór chóralnymi zaśpiewami. Z każdym numerem jest bardziej przejmująco i emocjonalnie, aż do wielkiego finału ozdobionego damskim wokalem, który brzmi jak żałobny lament nad potępioną duszą.

Z każdym odsłuchem płyta zaskakuje coraz bardziej. Odkrywania wystarczy na długo, ale zespół stoi w określonej stylistyce, choć definiuje ją na własnych zasadach. Mimo wielu odchyłów to ciągle mocarny death metal,  z całym dobrodziejstwem inwentarza, choć często hasający po gatunkowych obrzeżach i zagarniający dla siebie wszystko, co mu się spodoba z jeszcze bardziej ekstremalnych form. Czuć w tym wszystkim inspirację takimi grupami jak Portal czy Mitochondrion, ale jest ona przefiltrowana przez ekstremalną hipnozę, black metal i progresywne zacięcie.

Nie jest to łatwa płyta, i raczej nie ma szans, aby komukolwiek spodobała się po pierwszym odsłuchu. Wymaga czasu, skupienia i uwagi, ale na pewno odwdzięczy się wspaniałymi doznaniami i zostanie ze słuchaczem na bardzo długo, a być może na zawsze.

Ocena: 8,5/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .