LaNinia – “Loneliness” (2018)

Mało którym debiutantom udaje się mnie pozytywnie zaskoczyć. Tak było w przypadku tego projektu, który mówiąc szczerze początkowo pominąłem w natłoku innych, bardziej reklamowanych w mediach. Kiedy jednak dostałem ten album do zrecenzowania, zrozumiałem jak dużo dobrej muzyki by mnie ominęło.

LaNinia to świeży projekt ze Strzelec Krajeńskich (woj. Lubuskie), powołany do życia w lutym 2018 roku przez Daniela Ludwiczaka, który w zespole pełni rolę gitarzysty i jest ojcem wszystkich kompozycji. Dema gitar zarejestrował w domowym studiu już w grudniu 2016 roku. Na bębny, które dograł znajomy Daniela trzeba było poczekać do kwietnia 2017 roku, aby w czerwcu, razem z Januszem Duziem dograć do nich partie gitar i basu. Na wokalu postawiono Mateusza Popisa, z którym frontman miał okazję współpracować przy okazji poprzedniego projektu. Rolę basisty przydzielono Sergiuszowi Paszkiewiczowi, a za garami usiadł najmłodszy w składzie Joachim Jura. Już po pierwszym koncercie zastąpił go jednak Karol Wiśniewski i z nim w składzie zespół ogrywa całość materiału, aby wkrótce ruszyć w trasę po kraju. Czego więc możemy się spodziewać po LaNinia?

Już po pierwszym odsłuchu wiedziałem, że ta kapela to objawienie. U nas – na tak zwanym dzikim zachodzie – nie ma zbyt wielu wartych dłuższej uwagi zespołów. Materiał, który zawarty jest na Loneliness spowodował, że znów poczułem się jak młokos, który dopiero rozpoczyna swoją przygodę z ciężkim, gitarowym graniem. Może to przez skojarzenie z P.O.D i ich Payable On Death, która była jedną z pierwszych „cięższych” płyt, które wylądowały w moim odtwarzaczu. Pamiętam jak dziś momenty, w których mój przyszły szwagier – wtedy jeszcze pracownik szczecińskiego empiku – co tydzień dostarczał mi nową muzykę, która przyprawiała mnie o ciarki. Jedną z takich była właśnie ta wyżej wspomniana. Podobne odczucia mam teraz, słuchając Loneliness. Oprócz być może nieco podobnych wokaliz z POD muzycznie jest to jednak całkowicie inny kierunek. Dźwięki, z których LaNinia zbudowała ten album idą w kierunku groove metalu, miejscami zahaczając o metalcore czy nawet death metal.

Loneliness otwiera utwór tytułowy, który rozpoczyna niesamowicie chwytliwy riff. Szybko rodzą się pozytywne nadzieje związane z dalszą częścią tego krążka. Wszystko jest jak trzeba, jednak największe wrażenie zrobił na mnie wokal, który zwyczajnie wyróżnia się z morza podobnych stylów. Rzadko można usłyszeć liryki w obcym języku wyśpiewane tak czysto i poprawnie przez rodzimego wokalistę. Zaznaczyć należy również, że Mateusz nie boi się rozedrzeć gardła, a wychodzi mu to równie dobrze. Kolejne na liście jest Through The Ashes i tutaj historia się powtarza. Dochodzi także bardzo ciekawa, gitarowa solówka, za którą należą się gromkie brawa – świetnie podbudowuje klimat utworu. Choćbym bardzo chciał, to nie bardzo mam się do czego przyczepić. Podobnie jest z Criminal, które wydaje się najcięższym utworem na płycie. Rytm instrumentów wwierca się w uszy z impetem, a wokal staje się bardziej prymitywny, co przy tego typu zagrywce wychodzi zdecydowanie na plus. W przypadku tego numeru, solówka również spowodowała gęsią skórkę na moich koniczynach. Erase Me brzmi bardzo amerykańsko i na pewno sprawdzi się chociażby podczas szaleńczej jazdy autem. Takiego groove’u nie słyszy się często, a do tego te gitarowe zagrywki – miód na uszy! Kolejną silną pozycją jest The Beast That I Fed, gdzie pierwsze skrzypce gra mistrzowsko tłumiona gitara, podobnie zresztą jak w Missed And Forgotten, ale tutaj grane jest to w takim tempie, że ciężko mi uwierzyć, jakoby czynił to zwykły śmiertelnik. Do kolejnego utworu, którym jest POW, zaproszono Jacka Hiro znanego z pracy u boku Romana Kostrzewskiego i Decapitated. Efekt tej kolaboracji jest powalajacy. Where Are We Now to kolejny numer, przy którym moje głośniki iskrzą, głównie za sprawą gitary i bardzo agresywnego wokalu. Ten utwór jest także dowodem na to, że nie tylko Nergal umiejętnie potrafi ubogacić ciężkie brzmienia paradoksalnie dopasowanym dziecięcym chórem. Ostatni utwór na płycie to Hope, do nagrania którego zaangażowano Macieja Gładysza, który na co dzień wiosłuje w składzie koncertowym Edyty Bartosiewicz, Kasi Kowalskiej czy Wilków. Nic więc dziwnego, że ten numer brzmi jakby znalazł się na tej płycie przypadkiem. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy, opadła mi szczęka. Nie inaczej było przy drugim, trzecim i każdym kolejnym podejściu.

Ten album podszedł mi jak żaden z tych, które dostałem w ciągu ostatniego roku do zrecenzowania. Mistrzowsko zagrany i świetnie wyprodukowany. LaNinia i ich Loneliness powinni być przykładem dla reszty początkujących kapel. Gdyby ktoś puścił mi tę muzę z zaskoczenia w życiu nie pomyślałbym, że to debiutanci, a do tego nasi krajanie. Cieszę się niezmiernie, że miałem szansę zapoznać się z tym materiałem i wierzę, że właśnie dzięki takim zespołom jak LaNinia metalowa scena w Polsce jeszcze nie zginęła.

9/10

Źródło: YouTube 

Tagi: , , , , , , .