Leash Eye – “Blues, Brawls & Beverages” (2019)

Po dłuższej studyjnej przerwie i w nieco odmienionym składzie – do zespołu dołączyli nie tak dawno Marcin “Bee Gees” Bidziński (perkusja) i wokalista, Łukasz “Queju” PodgórskiLeash Eye powraca z nową płytą, zatytułowaną Blues, Brawls & Bevereges. Kto zdążył przekonać się już do kapeli, ten znajdzie w świeżych kawałkach podobny klimat, co i uprzednio, a zatem całe dobro zawarte w klasycznym hard rocku lat 70., z pewną domieszką stoner rocka i z klimatem amerykańskich bezdroży, gdzie roi się od ciężarówek, krążowników szos, przydrożnych knajp pełnych opowieści. Nie oznacza to jednak, że kapela nie potrafi wyjść nieco z konwencji, czego przykładem jest chociażby hołd dla naszego rodaka, maga, wolnomyśliciela, pierwszego człowieka na Księżycu, który nie omieszkał pokazać środkowego palca samemu diabłu (Twardowsky J.).

Pewne porównania do Deep Purple zwłaszcza, ale i takich kapel jak Uriah Heep czy Iron Butterfly, są tutaj zasadne i narzucają się przede wszystkim za sprawą połączenia klasycznych gitarowych riffów Arkadiusza “Opatha” Gruszki z ciężko brzmiącymi, pełnymi energii i mocno przesterowanymi organami Hammonda, za którymi stoi Piotr Sikora. Mimo nawiązania do źródeł Leash Eye nie powiela i nie cytuje kogokolwiek. Podobny punkt wyjścia, jak i u dinozaurów hard rocka, jest na Blues, Brawls & Bevereges pretekstem do własnych rozwiązań i pomysłów.

Dobrze się robota Piotra zazębia z gitarowymi popisami Arkadiusza. Panowie wykazują się sporą instrumentalną biegłością, a elektryczna gitara i organy Hammonda potrafią na tej płycie robić za całą orkiestrę, nie tylko odwalając mocną, riffową robotę, ale też pozwalając sobie na nieco improwizacji, prowadząc muzyczny dialog, przerzucając się solówkami. A wspomaganie w postaci potężnie brzmiącej sekcji (obok wspomnianego już Marcina Bidzińskiego, Marek Kowalski na basie) daje efekt bardzo esencjonalnego, pełnego werwy, podlanego testosteronem grania.

No właśnie, czasem aż za dużo tego wszystkiego, i jeśli miałbym jakiś drobny zarzut do zawartych na albumie kawałków, to taki, przy nader częstym fortissimo, przy dużej “mocarności” poszczególnych kompozycji i upchaniu w nich sporej ilości dźwięków, czasem przydałoby się dla zrównoważenia emocji ciut więcej subtelności, szczypta ciszy. Choćby takiej, jak w fajnym, southernowym początku do numeru Planet Terror, gdzie gościnnie z metalową (dosłownie) gitarą akustyczną pojawia się Bartek Hołownia. Aż się prosi o więcej techniki slide, skoro ten fragmencik tak świetnie wypada. Oczywiście na Blues, Brawls & Bevereges zespół schodzi jeszcze w paru momentach z wysokich obrotów, ale to dość rzadkie. Czasem jednak brakuje wyrazistych melodii i nie wszystkie numery wdzierają się ze swoimi muzycznymi tematami z taką samą siłą pod czaszkę, nieraz trochę zlewają się z sobą.

Gderam? Jasne. To, co biorę za łyżkę dziegciu w beczce whisky, wielu uzna za sporą zaletę. Przygotujcie się zatem na zderzenie z oldschoolową, hardrockową ciężarówką. A oprócz klasycznego hard rocka i może mniej wyraźnie słyszalnego stonera, znajdziemy tu też grungowe naleciałości, albo nieco klimatu płyty Load Metalliki (wyczuwalnych choćby w Furry Tales) – żeby było jasne, ja raczej lubię ten album Hetfielda i s-ki, więc to mimo wszystko komplement.

No i na koniec muszę dodać, że Łukasz Podgórski znakomicie krzyczy. Spokojnie, nowy wokalista też – a raczej przede wszystkim – dobrze śpiewa, ale gdy wpada w krzyk, to mimowolnie przypomina mi się nieodżałowany i wspaniały Chris Cornell. On też potrafił się wydzierać tak, że aż człowiek czuł dreszcze.

ocena: 7,5/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , .