Leather – “II” (2018)

Leather to pochodząca z Cincinnati w Ohio kapela heavy metalowa, na której czele stoi obdarzona zadziornym głosem Leather Leone. To dopiero drugi album grupy i tu warto nadmienić, że debiut (Shock Waves) został nagrany w… 1989 roku. Ale tego typu powroty po latach nie są w klasycznym rocku niczym dziwnym, a i sama Leather nie próżnowała przez parę dekad, bo w jej muzycznym CV można znaleźć liczne płyty, nagrane przede wszystkim z zespołem Chastain, ale też z innymi projektami. A zatem wokalistka sroce spod ogona nie wypadła, co zresztą słychać na II: jej głos jest zachrypnięty, szorstki, ale pełen emocji i energii, a zatem doskonale nadający się do heavy metalu.

Oczywiście w przypadku tego typu powrotów zdarza się nader często, że płyta okazuje się niewypałem, bo po młodzieńczej werwie i czarze dawnych lat pozostaje jedynie mdłe i rachityczne wspomnienie. Na szczęście w tym wypadku sprawy mają się zgoła inaczej. Przede wszystkim bardzo lubię w muzyce – obojętnie o jaki gatunek by nie chodziło – gdy twórcy zajmują się stylem, w którym czują się naturalnie i swobodnie. Tak jest niewątpliwie w wypadku Leather. Formuła jest prosta: szybkie, mocne riffy w klasycznym stylu i odrobina melodii w refrenach dodająca smaku, a jednocześnie pozbawiona nachalnego kłaniania się masowemu odbiorcy. Po prostu bez pozerstwa i poszukiwania dziwnych ścieżek prowadzących na manowce. Od otwierającego płytę Juggernaut po nieco bardziej rock and rollowy Give Me Reason ta formuła sprawdza się dobrze. Jeśli miałbym wyróżnić mój ulubiony utwór, to chyba najmocniej wbił mi się w głowę Lost at Midnite.

Owszem, w nadmiarze byłaby może nazbyt monotonna, ale w tej dawce, którą zaserwowano nam na albumie II muzyka zespołu działa jak dobry szprycer. Zwłaszcza, że Leather wprowadza także i pewne urozmaicenia. Gdy riff w Black Smoke podany jest w nieco mniej spiesznym tempie, kompozycja zyskuje złowieszczą aurę. Bardzo dobrze wypada też jedyna na płycie ballada, a jednocześnie najbardziej rozbudowany utwór Annabelle. Zaserwowana w środku jest oczywiście dobrym momentem na chwilę wytchnienia, ale tylko pozornie, bo mamy tu i mocniejsze fragmenty, i wokal Pani Leone, który wypada najbardziej ekspresyjnie, przechodząc od delikatnego śpiewu po krzyk.

Muzycy kapitalnie się zgrywają w tych utworach – rzeczywiście obcujemy z bandem, nie zlepkiem przypadkowych sidemanów. Bardzo także spodobały mi się gitarowe sola. Vinnie Tex i Marcel “Daemon” Ross (zakładam, że obaj są za nie odpowiedzialni) wypadli w tym temacie przekonująco i z klasą. Solówki na albumie iskrzą, a jednocześnie nie są przesadzonym popisem.

Kapeli Leather wyszedł zatem klasyczny, drapieżny metalowy album, który powinien przypaść do gustu miłośnikom starej szkoły. Po prostu rzetelna wypowiedź w temacie, który został dogłębnie przerobiony i poznany przez lata spędzone na scenie. Jednak ci, którzy oczekują od heavy metalu czegoś więcej, śmiałej eksploracji nowych dróg i nieco większego zróżnicowania podawanych tematów muzycznych, być może się zawiodą. Ale to po prostu płyta nie dla nich.

ocena: 8,5/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Paweł Lach

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , .