Lelahell – “Alif” (2018)

Wiedzieliście, że istnieje coś takiego, jak algierski metal? Dopóki Lelahell nie wysłał swojej promki na naszą skrzynkę, sam nie miałem o tym pojęcia. Zainteresowałem się tą płytą głównie z ciekawości, nie zaprzeczam. Przekonajmy się, czy arabski death metal jest halal, czy może raczej haram.

Alif to czterdzieści minut podzielone na dziesięć kawałków i wydane przez Metal Age Productions. Notka wspominała o śmierć metalu, jednak samo to jest niedomówieniem. Poza śmiertelnym łomotem, ekipa używa dużo motywów z ich lokalnej kultury. Nie na tyle, by dodawać im do gatunku słowo folk, raczej na poziomie Nile albo Melechesh. Do tego znajduje się tu mnóstwo groove’u przypominającego mi Dies Irae albo Vaderowe Litany. Suma sumarum, wychodzi płyta całkiem przyjemna, choć niespecjalnie wybijająca się ponad resztę. Clou programu są bujające motywy, bardziej do rytmicznego tańca niż zwierzęcych konwulsji, oraz spora ilość arabskich melodii. Przepis całkiem niezły, choć trochę zbyt ubogi: często brakowało mi w utworach dodatkowych motywów, które przebiłyby pojawiającą się w późniejszych częściach monotonię. Wyznaczmy tutaj The Fifth, które praktycznie składa się z dwóch motywów na krzyż, do tego wyjątkowo miernych. Czasami zespół chce rozwinąć formułę i tworzy bardziej rozbudowane kompozycje, ale na Adam the First ciągnie się to bez celu. Dla kontrastu, utrzymane w podobnym duchu Impunity of the Mutants jest już dużo przyjemniejsze, a Litham (The Reach of Kal Asuf)-naprawdę dobre.

Nie, żebym przyganiał chęć rozwoju i zaawansowanych utworów, niemniej Lelahell najlepiej sobie radzi w prostych, niespecjalnie melodycznych strzałach z początku płyty. Paramnesia i Ribat Essalem to w sumie też dwa-trzy motywy na krzyż, niemniej miast stawiać na arabeskowe wybiegi, koncentrują się na chwytliwych, breakdownowych riffach, udoskonalając je wcale technicznymi wybiegami i nieokazyjnymi blastami. W ogóle, muzycy często pokazują, że grać potrafią i się nie wstydzą. Czepiać się będę tylko do wokalisty: na moje ucho brzmi jakoś tak wątle, brakuje mu mocy i charyzmy. Natomiast brzmienie powstało w Hertz Studio, jak się pewnie domyślacie, nie ma się na co skarżyć.

Alif jest całkiem niezłym krążkiem. W swojej ignorancji stwierdzę, że pewnie jednym z najlepszych z ich lokalnej sceny. Czapki z głowy mi nie urwało, ale jeżeli ktoś lubi groove i Arabię, powinien być zadowolony.

Lelahell na Facebooku

Ocena: 7/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .