Lilla Veneda – “Lilla Veneda” (2018)

Wyobraźmy sobie, że zadajemy pytanie na temat poezji i prozy w muzyce metalowej. Indagowany, załóżmy, jest przykładowym sierściuchem, najbardziej standardowym i sztampowym modelem funkcjonującym w opinii publicznej. Ofiara, to prawie pewnik, wymieni Gombrowicza w Behemocie, coś z bogatego repertuaru Iron Maiden, oraz Lovecrafta, którego wtręty znajdujemy wszędzie niczym macki i bluźnierstwa w twórczości wzmiankowanego. Co bardziej ocykany przypomni sobie Manowara zainspirowanego Iliadą lub delikatne muśnięcie Przerwą-Tetmajerem w ostatnim Luna Ad Noctum. Co jednak, gdy chcemy płyty w całości zainspirowanej Kaliope i Eutrepe?

Odłóżmy na bok znane już albumy pokroju Leviathana bądź potworki, jak Dante XXI i skupmy się na świeżym wydawnictwie wrocławskiej Lilli Venedy. I nazwa zespołu, i tytuł płyty (tożsamy, ale co tam) dobitnie ukazują, kogo ekipa uznaje za najlepszego wieszcza. Tematyka płyty to, a jakże, Lilla Weneda. Przez trzy kwadranse trwania albumu będziesz miał okazję posłuchać, jak to Lechici przebranżawiają Wenedów i o co chodzi z tą harfą.

Do liryków jeszcze wrócimy, na razie zajmijmy się samą muzyką. Od pierwszych minut słuchania drugiego longplaya Wrocławian miałem jedno, bardzo silne skojarzenie, a kolejne numery tylko mnie w nim utwierdzały. Otóż, znacie może włoski zespół pod nazwą Stormlord? Lilla Veneda najwyraźniej zna i bardzo lubi. To bardzo podobne podejście do ekstremy, łączące mnogie nurty w jednym kociołku. Znajdziecie tutaj i ładne melodyjki okraszone delikatnymi skrzypcami i symfoniką (na szczęście w stopniu stonowanym i bardzo gustownym, Divination i Wheel of Misfortune przykładami), i bardziej bujające, breakdownowe fragmenty (Invaders Demeanor). Do tego Trickster poczęstuje nas przyjemnym, nowofalowym thrashem a całość zostanie ujęta klamrą nowoczesnego podejścia do melodic death/black metalu. Suma sumarum brzmi to nieźle, spójnie i klarownie, choć brakowało mi tu czegoś. Może to echo dawnego fanbojstwa Stormlorda i wyłapywania zbyt dużej ilości nawiązań (w dawnych czasach słuchało się na potęgę), może zbyt mało sieki i rzeźni? Jak najbardziej rozumiem, że Lilla Veneda miała być raczej epicką przygodą niż patologicznym mordobiciem. Osoby gustujące w melodycznych nurtach ekstremy będą bardzo zadowolone, jednak dla mnie trochę brakowało tu mocy i przemocy.

Wspominałem o powrocie do tekstów, wypadałoby więc spełnić obietnicę. Warstwa liryczna zasługuje na duże uznanie, a umieszczone tu i ówdzie cytaty, jak na przykład “Trzaska w płomieniach kość, w czaszkach warzy się mózg” cieszą ucho i serce. Z drugiej strony, kontrast między angielszczyzną a nazwami własnymi powoduje niezamierzone chichoty. Niech kamień rzuci ten, kto nie uśmiechnie się słysząc “Guards bring two prisoners – Lelum and Polelum” albo “Scary Ślaz persuades him to wear his armor and be on guard”. Niemniej przy sposobie, w jaki Virian krzyczy te frazy (po raz kolejny Stormlord vibes) uwagę tę można spokojnie potraktować raczej jako czepialstwo, niż pełnoprawny zarzut. Czepiać się także nie wypada innych muzyków, którzy odgrywają swoje partie bez zarzutu, oraz produkcji, czystej, wyraźnej, bardzo pasującej do muzyki.

Lilla Veneda nie tworzy muzyki, do której zwykłem się ślinić, a mimo to bawiłem się przy nich całkiem nieźle. To o czymś świadczy. Zaręczam, że ci stawiający w metalu podniosłe, epickie fragmenty ponad połamane miednice i wszechobecny syf będą jeszcze bardziej zadowoleni.

Lilla Veneda na Facebooku

Ocena: 7,5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , .