Locust Point – “Locust Point” (2018)

Dystopian Dogs wydał w marcu tego roku debiutancki album amerykańskiej kapeli heavymetalowej o dźwięcznej nazwie Locust Point. Amerykanie nagrali prawilny krążek z dziesięcioma kawałkami trwającymi łącznie czterdzieści minut. A na okrasę ciekawa okładka przywodząca mi na myśl Metal Heart Acceptu. I właśnie to skusiło mnie do przesłuchania krążka, który od black metalu dzieli cały wielki Rów Mariański.

Po debiucie młodej kapeli można było spodziewać się wszystkiego. Ale nie tak przebojowych kawałków. Brzmi to jak wczesne Motley Crue pomieszane trochę z Def Leppard. Szybkie kawałki z chwytliwą linią melodyczną i wpadającymi w ucho riffami podobają się jak pierwsze hity Britney Spears. Może powyższe porównania są zbyt górnolotne, zważywszy na występujące tu znacznie prostsze konstrukcje melodyczne, ale boże, ile tu zdrowego rock’n’rolla. Surowe gitary, perkusja wyraźna prawie jak na Crimson Idol WASPu i do tego lekko przesterowany głos wokalisty sprawiają, że nogi same rwą się do tańca. Zresztą jak tu nie hasać przy pierwszych taktach Bad Ideas, przy których jak nic skojarzą się z Dr. Feelgood. Truck Stop Rock Club przypomina trochę solowe dokonania Ozziego Osbourna i nawet wokal trochę go przypomina. Nieco wolniejszym kawałkiem jest The Scarpa, ale nie myślcie sobie, że to jakaś ckliwa balladka w stylu Living in Sin. Przy okazji jest to także najmniej udany kawałek na płycie, może właśnie przez to wolniejsze tempo i tym samym mniejszą przebojowość. Wild Eyes również nie grzeszy tą werwą, którą słyszało się w pierwszych utworach, ale kawałek jest znacznie bardziej chwytliwy niż utwór poprzedni. Album zamyka Written in Rock, który nie dość, że jest najlepszym na płycie (no, może wespół w zespół z utworami numer 1, 3 i 4) jak nic przypomina Ace of Spades Motorhead. Naprawdę!

Jeśli zsumujecie wszystko, co powyższe, możecie dojść do wniosku, że Locust Point jest coverbandem, że poszli na łatwiznę, i że ich debiutancki album to zbiór odgrzewanych hitów. A tak nie jest. Stety i niestety jednocześnie. Na szczęście Amerykanie nie są żadnym coverbandem naśladującym wielkich po utartych przez nich ścieżkach. Wszystkie kawałki to ich własna praca w ich własnym, choć nieco kopiowanym stylu. Niestety żaden z kawałków nie jest hitem na miarę Wild Side, Living on a Prayer czy Pour Some Sugar on Me. Ale i tak rekomenduję, choć Rock’n’rolla nie słucham już od kilkunastu lat…

Kurde, czy ja dobrze zrobiłem, rzucając R’n’R dla black metalu? Cholera, chyba będę musiał to przemyśleć!

Ocena 8,0/10,0.

 

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .