Lonker See – “Split Image” (2016)

Tak, wiem, Lonker See wydało Split Image już dawno temu, już zdążyli się tym zachwycić wszyscy od prawa do lewa, każdy, kto potrafi napisać sensownie trzy zdania już je dawno napisał i o nich zapomniał. I o płycie pewnie też. Ja tymczasem płyty nie słyszałem, ba, nawet nie widziałem Lonker See na żywo, choć mieszkam w Trójmieście i szansę na to miałem pewnie kilkakrotnie. Jakoś nigdy nie było mi po drodze. Postanowiłem się jednak przyjrzeć Split Image, choćby tylko po to, żeby mieć o czym rozmawiać z moimi bardziej obytymi znajomymi (a gówno prawda, nie posiadam znajomych).

Szczerze mówiąc, kiedy Split Image ujrzało światło dzienne, a na moim facebookowym tajmlajnie ochy i achy na temat Lonker See pojawiały się z częstotliwością wpisów „R.I.P” po śmierci George’a Michaela/Prince’a/Bowiego/kogokolwiek znanego, miałem wrażenie, że to trochę dlatego, że za projektem stoi Boro, czyli Bartosz Borowski. To persona uznana i szanowana w pomorskim światku alternatywnym, trochę taki człowiek orkiestra – gra, prowadzi niezależną wytwórnię, organizuje koncerty. Warto faceta znać, jeśli w jakiś sposób siedzi się w światku muzycznym (ja nie miałem przyjemności, patrz nawias na końcu poprzedniego akapitu). Na dodatek reszta ekipy to też ludzie poważani w środowisku. Tym samym głupio byłoby zrazić ich do siebie pisząc jakąś nieprzychylną recenzję, więc wszyscy się zachwycili – tak sobie myślałem na początku, kiedy ktoś po raz pierwszy podesłał mi link do Split Image pt. 1, 2 & 3 na YouTube. Pamiętam, że przesłuchałem, ale w pracy czy w tramwaju, czyli okolicznościach zupełnie niesprzyjających tego typu muzyce, więc odłożyłem sobie do ponownego przesłuchania na później.

Później wypadło w grudniu, kawał czasu po premierze, kiedy kurz już opadł. W spokoju przyjrzałem się, czym Lonker See jest. Split Image to album wymagający cierpliwości i otwartej głowy. Na ambientowej podstawie utkane zostały tutaj przez inne instrumenty bardziej przestrzenie niż konkretne konstrukcje. Muzycy, którzy wchodzą w skład Lonker See, pochodzą z różnych scen i środowisk muzycznych i zdają się co chwilę przeciągać dźwiękową tkankę na swoją stronę. Dlatego raz utwór skręca w stronę jazzu dzięki saksofonowi Tomasza Gadeckiego (mam w domu dwie płyty Olbrzyma i Kurdupla, więc czasami sobie o Gadeckim przypominam, choć free jazz to nie moja bajka), raz na pierwszy plan wskakuje bas Joanny Kucharskiej, który ciągnie Lonker See w kierunku rockowej alternatywy czy post punka, gitary Bora dodają a to space rockowego wajbu, a to noisowego ciężaru, a wszystko w kupie trzyma się dzięki urozmaiconym, a jednocześnie transowym partiom perkusyjnym Michała Gosa. I powiem wam tak: to przeciąganie liny wciąga. Nie jest to nachalne odbieranie sobie palmy pierwszeństwa i wpychanie się w światło reflektora. Tutaj wszyscy muzycy stoją raczej ramię w ramię w cieniu i po prostu grają tak jak lubią ku uciesze innych, którzy grają inaczej.

Claimed by the Forest zdradza ambientowe ciągoty Lonker See. Utwór mógłby zanudzić, gdyby nie niepokojący saksofon, lekko odkryty pod gitarą powtarzającą do znudzenia jeden prosty riff. Grupa gra psychodelicznie, a kiedy perkusista zaczyna walić w bębny robi się nieoczekiwanie przerażająco ciężko. To bardziej malowanie muzyką, ale kiedy się kończy za każdym razem jestem zaskoczony, że trwało prawie 7 minut. Trwający prawie 22 minuty Split Image pt. 1, 2 & 3 to już inny lot. Choć znów na ambientowej podstawie błądzić zaczyna saksofon, a niepokoju i nieco folkowego wręcz klimatu dodają pojawiające się tu i ówdzie dzwonki, a napięcie zaczyna sięgać zenitu, to najciekawiej robi się wraz z wejściem basu, potem gitary. Boro prowadzi swoją brzęczącą gitarę trochę pustynną melodią, nadaje dusznemu dotąd utworowi trochę jaśniejszych barw. Aż tu nagle wszystko zamienia się na jakiś czas w zaskakująco poukładaną post-rockową piosenkę z okolic tego, co zrobili w tym roku Dust Moth. Nieco schowane głosy Boro i Joanny śpiewają pogodną melodię, przeplatają się i uzupełniają, dodając całości jeszcze większej głębi. Trzecia część utworu zaczyna się od odważnego basowego groove, na tle którego powoli rozwija się jazzowa scena uzupełniona jednostajnym, sprowadzającym wszystko do podstaw dźwiękiem w tle. Zaczynają się łamańce, które na końcu okazują się wcale nie połamane, jest psychodela, która pod koniec wydaje się zrozumiała jak słońce. Jest w końcu jazgot, zrozumiały i niezrozumiały jednocześnie, windujący ostatnią część utworu na kolejny wierzchołek napięcia. Tyle się wydarzyło, a za nami dopiero połowa albumu!

Niemniej jednak po Split Image pt. 1, 2 & 3 album przestaje zaskakiwać. Dalej udaje mu się utrzymać uwagę słuchacza, co jest dla mnie dużym zaskoczeniem, bo choć słuchałem utworu Flight Is Open, On The Way Out z zainteresowaniem, to jednocześnie miałem świadomość, że jest on… nudny. Za to w Solaris pt. 1 & 2 Lonker See przypominają sobie o umiejętności wytworzeniu specyficznej, dusznej atmosfery, przy użyciu na dobrą sprawę bardzo prostych środków. Z początku Boro podśpiewuje coś niewyraźnie na tle brzdąkającej gitary i rozmazanego, intrygującego tła, które nie wiadomo kiedy zamienia się w piski i trzaski, by potem ustąpić miejsca pląsającej gitarze basowej, która znów po chwili przewodzenia zamienia się w tło dla pisków i trzasków, potem znów pojawia się ukryty i pełen echa głos Bora… Przeciąganie liny trwa, dzieje się na oczach i uszach słuchacza, a ten, biedny, nie potrafi nawet się zdecydować, za którą stronę trzymać kciuki. Trochę żałuję, że Lonker See nie istnieli, kiedy po raz pierwszy czytałem Solaris, choć po zapoznaniu się z dwoma pierwszymi kompozycjami na albumie, Solaris pt. 1 & 2 nie jest już zaskakujące.

Sam doprawdy nie wiem, czy z tego opisu wyłania mi się muzyka, która jest warta tych wszystkich zachwytów, czy może jednak podtrzymuję teorię, że po części są one powodowane faktem, że w Lonker See udzielają się cenione na scenie persony. Split Image na pewno wciąga i angażuje słuchacza, wymagając jednak od niego totalnego posłuszeństwa – jeśli odpalisz sobie album podczas gotowania/picia wódki z kumplem/grania w CS/wklepywania cyferek do Excela, to po prostu przejdziesz obok tego wszystkiego, co się na płycie dzieje. Intrygujące, niepokojące, zaskakujące – takie jest dzieło Kucharskiej, Borowskiego, Gosa i Gadeckiego. Ale z drugiej strony, czy aż tak genialne, jak twierdzą niektórzy? Nie potrafię rozsądzić, być może jestem zbyt leniwy, żeby należycie wsłuchać się w materiał. Niemniej jednak jest w Lonker See coś elektryzującego, jakaś chemia między członkami zespołu, jakiś uroczy brak ogólnych założeń muzycznych, który zwiastuje ważne rzeczy. I to mnie chyba najbardziej na Split Image przekonuje. Nie zostałem fanbojem, nie będę sobie tatuował logo zespołu, ale mój szacunek Lonker See na pewno zdobyli.

Ocena: 9/10

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , , , .