Lost World Order – “Tyrants” (2016)

Są na świecie albumy, które już po pierwszych dźwiękach można bez trudu zaszufladkować, a kolejne chwile z danym materiałem tylko potwierdzają śmiałą początkową teorię. Tak jest w przypadku krążka Tyrants, czyli czwartego długograja kapeli Lost World Order. Odpalasz płytę i na myśl przychodzi niemiecka szkoła thrash metalu, szczególnie w wydaniu Kreatora. Faktycznie, zespół, który uformował się w 2007 roku, pochodzi z Niemiec, a od inspiracji starym dobrym teutonic thrash metalem aż głowa boli. Przysłuchamy się bliżej.

Album otwiera krótkie, stanowcze i mocne intro w postaci Vorwärts! – jak obiecują, tak też robią – muzycy tną naprzód w swoim pełnym agresji i zdecydowania podejściu do thrashu. Dwa kolejne ciosy zapowiadają obranie kierunku na wspomnianego już Kreatora, z wyraźniejszymi odniesieniami do bardziej współczesnej twórczości gigantów niemieckiego metalu. Przy czwartym numerze, który jest jednocześnie kawałkiem tytułowym, muzycy Lost World Order odkrywają przed słuchaczem nowe karty, wyprowadzając go nieco w pole. Tyrants to kompozycja, do której mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony uwielbiam te momenty, w których muzycy czerpią nieco z death, a nawet black metalu, co wyjątkowo udanie wpływa na zróżnicowanie tego numeru. Z drugiej zaś, zdarzają się im chwile słabości, w których całość jest nieco rozwodniona i zbyt melodyjna. Gdyby te aspekty naprawić, byłby to niezwykle udany punkt na albumie.

Coś faktycznie zaczyna się dziać na krążku Lost World Order, bowiem gdy wjeżdża Mutual Hypocrisy, znów zespół dryfuje w stronę międzygatunkowych eksperymentów, a cała kompozycja oddala się od thrashowej stylistyki, romansując to z śmierć metalem, to z groovem. Momentami można odnieść wrażenie, że słucha się Black Label Society w duecie z Obituary. Dość interesujące zestawienie, które w wypadku Mutual Hypocrisy robi robotę.

A Hell Worth Living In przypomina wszystkim, że wciąż mamy do czynienia z Teutonami, a więc wszelkie porównania do niemieckich legend thrashu znów są absolutnie na miejscu. W kolejnym akcie na scenie pojawia się najdłuższa, ośmiominutowa kompozycja. Pod Wall of Glass kryje się zdecydowanie najlepszy wizerunek kapeli, który można było sobie wymarzyć. Gitary znów odpływają raz po raz w stronę groove, a nawet southern metalu, sekcja rytmiczna z kolei twardo stąpa po gruncie death metalowym. Do tego potężny wokal, który można uznać za bardzo pewny i stabilny element całej układanki (choć nazbyt często brzmi jak sam Mille Petrozza). Monumentalny numer przechodzi w przedostatnią propozycję na płycie, a mianowicie Warmonger, który idealnie przybliża nas ku ostatecznemu zamknięciu tego rozdziału. Około połowy numeru po raz słyszymy trochę nieprzesterowanej gitary, co nadaje szczypty świeżego oddechu. Do tego warto zwrócić uwagę na rewelacyjne solo, które następuje zaraz po delikatniejszym fragmencie utworu.

End Of Life, ostatni kawałek na płycie. Dobre podsumowanie materiału, którzy przygotowali Niemcy na swoim czwartym krążku, który jednocześnie jest trzecią częścią zjednoczonej tematycznie trylogii Endzeit. Album Tyrants jest całkiem dobry, choć niekoniecznie zapadający w pamięć. Niezliczone inspiracje Kreatorem nie do końca mnie przekonują. Zdecydowanie lepiej słucha się Lost World Order, gdy muzycy starają się stworzyć własne brzmienie, którego szukają poprzez sięganie garściami po to, co najlepsze w thrashu, death i groove metalu. Takie Lost World Order to czysta przyjemność ze słuchania! Kto wie, może kolejny materiał, który zarejestrują muzycy, będzie właśnie taki?

Ocena: 7,5/10


Kup CD TUTAJ.

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Latest posts by Vladymir (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .