Lucifer – “Lucifer II” (2018)

Niespełna trzy lata temu (sic!) zmierzyłem się z debiutanckim Lucifer I – krążkiem, który zrobił na mnie niemałe wrażenie, i do którego często wracam. Teraz przyszło mi wziąć na warsztat sequel. A z sequelami bywa różnie. Bułhakow pisał: “świeżość bywa tylko jedna – pierwsza i tym razem ostatnia”. W muzyce, jeśli debiut okazał się sukcesem, każdy kolejny krążek porównuje się do tego pierwszego i prowadzi rozważania typu “jak to drzewiej bywało”. Przez to trudno zrezygnować z porównań.

A Lucifer jaki jest, każdy widzi. To stoner rockowy / doom metalowy ensamble zawieszony nieco między Berlinem a Sztokholmem. To również zespół, którego twarzą i siłą napędową pozostaje Johanna Platow Sadonis. I mimo odejścia Gaza Jenningsa, odpowiedzialnego w dużej mierze za sukces debiutu, ten twór ma się całkiem dobrze. Muzyka Lucifer nieco okrzepła, nie jest taka bezpośrednia i psychodeliczna jak na jedynce. Jest bardziej rockowa i bardziej “sabbathowa”. To muzyka amerykańskich bezdroży, motocykli i tanich moteli, w których “dzieci kwiaty” eksperymentowały z narkotykami w poszukiwaniu nirwany. Riffy Robina Tidebrinka bujają jak należy (choć nie miał on decydującego wpływu na nowe numery). Mi brakuje w nich tego psychodelicznego zacięcia z debiutu. Tego hipnotyzującego uroku. Są na pewno bardziej “przebojowe”, ale spinają się w całość dość sprawnie. Wokalnie też jest inaczej niż na jedynce. Sadonis ma naprawdę oryginalną barwę i szeroką skalę, więc górki potrafi wyciągać jak mało kto. Tu jednak pojawiają się też doły i brzmią całkiem ciekawie. Ale takich popisów wokalnych jak na Lucifer I tu nie uraczymy. Co do serca zespołu, czyli perkusji, to brzmi “jak z epoki”, ale chyba jest tylko poprawna. Pamiętając o doświadczeniu Nicke Anderssona z Entombed, spodziewałem się nieco odważniejszego i gęstszego grania. Jest nieco zbyt zachowawczo. Brakuje pierdolnięcia i odrobiny szaleństwa. A szkoda, bo momentami mam wrażenie, że jest zbyt grzecznie (np. w takim Dancing With Mr. D). Brzmienie całości jest klarowne, choć celowo momentami lekko przykurzone.

I to chyba mi nieco przeszkadza – ta dojrzałość i stonowanie, gdy można by totalnie odpłynąć. Nie kalkulować, nie szlifować tylko całkowicie dać się ponieść muzyce. Z drugiej strony trudno oczekiwać, że po intensywnym ogrywaniu jedynki i odejściu Gaza to będzie ten sam zespół. Nie będzie. Nowy Lucifer jest inny, ale wciąż prezentuje kawał porządnego grania pełnego nostalgii, energii i klimatu. Na pewno warto ten krążek zakręcić nie raz, nie dwa. Ma kilka świetnych piosenek, jak np. zamykający płytę Faux Pharaoh. U mnie leci na repeacie obok singlowych Dreamer i California Son. Mam nadzieję, że u Was będzie podobnie.

Ocena: 8/10

Profil zespołu na Facebooku

Moloch

Moloch

Ohyda Ammonitów, teoretyk i praktyk robienia szumu.
Moloch

Latest posts by Moloch (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .