Lucifer’s Child – “The Order” (2018)

W oczekiwaniu na najnowszy album Rotting Christ przyjemną niespodziankę sprawi nam wkrótce Lucifer’s Child – diabelska horda, również prosto z Grecji, do której należy sam George Emmanuel, znany z występów z tymi pierwszymi, wydaje swój drugi krążek. Znając umiejętności George’a na gitarze, spodziewałam się dobrych solówek i chwytliwych riffów – i nie zawiodłam się.

Nim jednak zasiadłam do odsłuchania The Order, zapoznałam się z pierwszym antychrystem zespołu, The Wiccan. Jest to album poprawny, szybki i agresywny, ale brak w nim oryginalności, żaden kawałek nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle reszty. Czterdzieści minut płyty mija tak szybko, jak pstryknięcie palcami, ale nie ma się ochoty włączać jej po raz kolejny. Na ten moment z ulgą odłożyłam bękarta Lucifer’s Child na półkę.

Inaczej sprawa ma się z The Order.

Album otwiera Viva Morte – i to dosłownie, bo Marios Dupont krzyczy nam te słowa prosto do ucha. Po pierwszym szoku zespół wyrywa do przodu jak niezabezpieczony karabin. Jest szybka perkusja, ciężkie gitary, a w refrenie nawet wielogłosowe męskie chóry. Utwór z początku jest po prostu przyjemnie przewidywalny, ale potem nagle zwalnia, bardzo zwalnia… Upiorne chóry wychodzą na początek i przyprawiają o gęsią skórkę. W tym momencie jestem już kupiona. Na samo zakończenie dostajemy jeszcze wirtuozerską solówkę od George’a, który gra też pierwszoplanową rolę na kolejnym, tytułowym utworze The Order. Tym razem dzieci Lucyfera serwują nam blasty i rytm, do którego wprost nie można nie kiwać głową na boki w szaleńczym rytmie. Nie dziwi fakt, że zespół wybrał akurat ten utwór na pierwszego singla i teledysk – jest to zdecydowanie jeden z najmocniejszych kawałków na albumie.

Fall of the Rebel Angels jest moim zdaniem najsłabszym utworem na The Order, zespół jakby trochę się pogubił, pędzi bez melodii i aranżacji, wszystkie instrumenty jakby mieszają się w chaosie. Klimatem przypomina mi ten utwór amerykański thrash lat osiemdziesiątych, a nie black metal, na który czekałam, jednak fani szybkiego grania z pewnością się nie zawiodą. W kolejnych utworach zespół znowu zwalnia, pojawiają się nawet tamburyn i gitara akustyczna. Wbrew pozorom świetnie dopełnia to całość płyty i wpasowuje się w jej klimat. Tak właśnie też żegna się z nami The Order –cudownie zawodzącą gitarą elektryczną, poprzedzoną krótkim, wręcz hiszpańskim wstępem na utworze Siste Farvel. Dupont wykrzykuje norweskie słowa i mówi nam… farvel, tj. żegnaj, po zaledwie czterdziestu trzech minutach.

W tym przypadku można zrobić tylko jedno: włączyć tę płytę od początku.

Warto wspomnieć też o wizualnej stronie albumu – Grecy zaprzęgli do pracy nad okładką samego Dianiele’a Valerianiego, znanego chociażby ze współpracy z Mysticum, Dark Funeral czy Dissection. Jeśli te nazwy do Was nie przemawiają, to ja już nie wiem. Detale, z jakimi Valeriani oddaje portret Lucyfera i anioła z ogonem obok, zasługują na szczególną uwagę. Całość utrzymana jest w ciemnych barwach, sprawiając wrażenie, jakby była namalowana na deskach (może tego tajemniczego zakonu z tytułu?). Jeśli zasugerować się taką górnolotną grafiką, od razu nie ma wątpliwości, z jakim typem muzyki będziemy mieć do czynienia, a przy okazji jest po prostu pięknie i odpowiednio dopracowana.

Podsumowując, Lucifer’s Child spłodził wyjątkowo dobre i równe dzieło, przepełnione złowieszczą atmosferą, której jednak towarzyszą ciepłe dźwięki i trochę eksperymentów z instrumentarium. Nie jest to więc album dla kogoś, kto lubuje się w surowych i zimnych dźwiękach klasycznego black metalu. Wyraźnie słychać tutaj, że zespół pochodzi z jakichś cieplejszych rejonów naszego świata – a fanom Rotting Christ na pewno też nie umknie, że jest w tym brzmieniu coś podobnego do ostatnich dokonań greckich klasyków. Nie czuję jednak perfidnego zrzynania a’la „kopiuj-wklej”, za to inspirację. A tę, jak wiadomo, warto czerpać od najlepszych.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , , , .