Lucrecia Dalt – „Anticlines” (2018)

Anticlines, czyli Antiklina – forma skalna w kształcie łuku; w nim skały rozchodzą się od dołu ku górze, w zależności od najstarszych do najmłodszych. Anticlines to również najnowszy album Lucrecii Dalt, artystki pochodzącej z Kolumbii. To jedna z tych płyt, które albo się pokocha od pierwszego przesłuchania za jej unikatowość i odmienność, albo za to samo wrzuci się ją do lamusa. Wydawnictwo to zostało przedstawione szerszej publiczności 4 maja tego roku. Nagrania miały miejsce w Berlinie (jednej ze stolic awangardowo-elektronicznej muzyki), gdzie Dalt mieszka i tworzy.

Anticlines to piętnaście numerów i niecałe 40 minut muzyki, którą można określić jednym słowem – eksperymentalna. Już od kilkunastu lat eksploruje regiony takiejże muzyki, zapuszczając się w coraz to nowe zakamarki uporządkowanego chaosu. W Anticlines znajdziecie widoczne w muzyce inspiracje Dalt i jednocześnie poznacie coś nowego, jej osobisty sposób wyrażania siebie poprzez elektroniczne dźwięki.
Słuchając Anticlines, a w szczególności otwierającego – Edge, słyszę wręcz doskonałą kopię Laurie Anderson, w każdej tonacji i modulacji głosu Lucrecii. Szczególnie przychodzi mi na myśl jeden album, drugie dziecko Laurie z 1984 roku, a mianowicie Mister Heartbreak. Bez ogródek mogę wysnuć tezę – bez niego nie istniałaby Anticlines. Chociaż odległości od przestrzeni muzycznych, jakie eksplorują obydwa krążki są astronomiczne, to jednak można rzec – ich źródło jest wspólne. Jednym ze wspólnych łączników jest art pop. Jednakże Anticlines posiada w go sobie dużo mniej (z małymi wyjątkami, jak np. zalążek śpiewu w utworze Tar), niźli Mister Heartbreak, który swoją ekspansję popu rozszerzył do pokaźnych rozmiarów.

Moimi faworytami na Anticlines są właśnie te bardziej czytelne, bardziej “przebojowe” utwory. Obok Edge lubię wracać do wyżej wymienionego Tar oraz Analogue Mountains. Pewnie nie przez przypadek – w każdym z nich jest wokal Lucrecii. W nich głównie usłyszycie deklamacje, jednak uczucia, lekkie zmiany tonacji i modulacji głosu tworzą kolejną, istotną falę dźwięków w tych utworach. Osobiście z tej trójcy, bardziej wolę hipnotyczne Tar oraz żywiołowe Analogue Mountains, aniżeli statyczne, wręcz zamrożone brzmienie Edge.

Wsłuchując się w Tar, lubię zagłębiać się w jego tekst, gdyż jest dość specyficzny. Świadomie odsyłam do lektury, by nie psuć pierwszego wrażenia. Aczkolwiek uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę, że w lirykach tegoż pojawiają się takie słowa jak: atmosfera, eter, wodór, polon oraz wiele innych. W nich przejawia się zawodowe strona Lucrecii Dalt – inżynieria geotechniczna. To tyle o tekście Tar, reszta jest bardziej zaskakująca i gwarantuję, dotknie on Was jak tylko może dotknąć atmosfera, w której żyjemy.
Lecz za numero uno tego wydawnictwa wskazałbym Analogue Mountains ze swoim wyjętym prawie z muzyki idm zacięciem. Przesłuchałem go ponad dwadzieścia razy i raczej na następnej dwudziestce się nie zatrzymam.

Wyżej wymieniona trójka znajduje się w pierwszej części tego albumu, im bliżej końca, tym bardziej staje się on mniej czytelny. Lucrecia wymusza na słuchaczu większej uwagi i koncentracji. Kompozycje stają się bardziej pokręcone, wręcz surrealistyczne oraz instrumentalne. Na Anticlines jest takich siedem. Na czele tej grupy spokojnie postawiłbym chyba najbardziej wyróżniający się przez swój melodyjny minimalizm – Atmospheres Touch.

Podsumowując, w minimalistyczno-elektronicznym światku awangardy bardzo dużo się dzieje. Przeróżni wykonawcy próbują zaciekawić słuchacza swoimi wizjami, zapuszczając się tak daleko we własne, często niezrozumiałe światy, że po prostu jawnie nudzą. Lucreacia Dalt na Anticlines balansuje na krawędzi, między abstrakcyjnością a przebojowością, pewnie głównie przez użycie wokalu, a nie tylko zimnych, instrumentalnych tworów. Czy znalazła w tym swój własny złoty środek? Przesłuchacie sami. Jeżeli szukacie nowych doznań brzmieniowych, to może być album dla Was.

 Ocena: 7,5/10

Lucrecia Dalt na Facebooku.

Tagi: , , , , , , .