Maerormid – „XIII” (2016)

Górnośląska Via Nocturna kilkukrotnie romansowała już z muzyką pochodzenia włoskiego. A ponieważ niejednokrotnie mariaże te wychodziły rodzimej wytwórni bardzo dobrze (niech wolno mi będzie przywołać wydany w zeszłym roku album Sanctuary włoskiego projektu Humm, który jest dziełem prawie że absolutnym), Via Nocturna postanowiła po raz kolejny zaczerpnąć z bogatych źródeł półwyspu Apenińskiego.

Tym razem padło na doświadczony projekt o niełatwej nazwie Maerormid. Zespół powstał w roku 2008 z inicjatywy Federico Marcantoniego i jak do tej pory może pochwalić się dorobkiem dwóch płyt pełnogrających, dwóch EPek i dwóch zbieranin. Projekt zaszufladkowany został jako horda blackmetalowa, ale ostatni ich krążek nijak ma się do tego gatunku. Choćby dlatego, że tempa mamy tu powolne niczym urzędnicza machina, gitary ciężkie niczym biurokratyczne głowy i do tego skrzypce wyraziste niczym szyld z napisem „dziennik podawczy”. Tylko wokal wydaje się jakby trochę ostrzejszy i mniej w nim petenckiego płaczu, lamentów i zawodzenia.

XIII to raczej doom metal lekko podkolorowany black metalem. Zapewne dzięki bardzo wyeksponowanym skrzypcom utwory z XIII przypominają mi bardziej My Dying Bride niż Mayhem. Przez cały, trwający ponad trzy kwadranse album jest bardzo basowo, bardzo ciężko i bardzo powoli. Dusznego, wywołanego wyeksponowanym ciężkim i powolnym jak drogowy walec basem klimatu nie przełamują nawet pojawiające się na całym prawie albumie skrzypce oraz bardzo przemyślana partia lekko tylko przesterowanych gitar. Co drugi utwór zaczyna się deklamowanym w języku włoskim wstępem, i o ile ta – prawie szeptana – narracja pięknie brzmi sama w sobie, o tyle w połączeniu z dalszymi częściami utworów nieco dysonuje. W klimat w żaden sposób nie wprowadza także przydługawe intro nazwane Capitolo Uno, które zawiera głównie szumy i jakieś nieokreślone bliżej   odgłosy. Dalej na szczęście jest już całkiem dobrze. Basowy podkład pasuje do growlu przypominającego mi nieco ten z Ames de Marbre szwajcarskiego Sadness, a skrzypce pięknie błądzą gdzieś pomiędzy wokalistą, gitarzystą a basistą i perkusistą. Utwory numer trzy, pięć, siedem, dziewięć i jedenaście to, jak się rzekło, deklamacje bez muzycznego podkładu, które niestety dla mnie (włoskiego lingwistycznego ignoranta) nie stanowią mocnego punktu zaczepienia. Na szczególną uwagę zasługują kawałki Testimone e assassino (ja jednak wole nieco szybsze tempo) i Sabbia nel vento (świetna gitara). Pozostałe utwory to zagrany w równym tempie doom, który miłośnikom tego gatunku przypadnie z pewnością do gustu. Porównując je do ostatnich poczynań wspomnianego wyżej My Dying Bride, muszę przyznać, że są znacznie ciekawsze, mniej flakowate i bardziej zróżnicowane. A to powoduje, że czas spędzony na słuchaniu XIII przelatuje nam nader żwawo.

Podstawową jednak zaletą XIII jest to, że nie męczy jak doomowe wyciągnięte w nieskończoność i nudne jak flaki z olejem kawałki trwające naście minut tylko dlatego, że przerwy pomiędzy dźwiękami wystarczają na szybki ekskurs do kibla. 

Reasumując, z całą pewnością mogę powiedzieć dwie rzeczy: jeśli w Maerormid szukasz ostrego i brutalnego black metalu, to raczej odpuść sobie słuchanie poniższego utworu; jeśli natomiast wychowałeś się na Turn Loose the Swans czy choćby rodzimym Ankh, leć w te pędy na stronę vianocturna.com, bo Maerormid stanie zapewne wysoko w hierarchii Twoich ulubionych zespołów.

Ocena 8,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , .