Magnum – “Lost on the Road to Eternity” (2018)

Jak większość hardrockowych brygad, które wypłynęły w latach 70., Panowie z Magnum zwątpili w siebie i świat 20 lat później w erze grunge’u i nu metalu. Szczęśliwie wzięli pomarszczone rockmańskie dupy w troki na początku obecnego wieku i ciągną ten wózek do dziś. W styczniu 2018 wydali swój kolejny album – Lost on the Road to Eternity. Równie szczęśliwie.

Patrząc na okładkę nowej płyty weteranów z Birmingham, i nie znając zespołu, ktoś mógłby z całym przekonaniem stwierdzić, że oto pojawił się jakiś kawał power/kuc metalu. Zrobiłem szybki wywiad wśród znajomych i… tak też stwierdzili. Na szczęście głośniki nie grają grafik z pudełka, a muzykę.

Już od samego początku, od pierwszego mięsistego riffu dostajemy potężną dawkę witaminy R’N’R. Numer otwierający, Peaches and Cream i drugie Show Me Your Hands nasuwają w ułamku sekundy jedno skojarzenie: Deep Purple. Deep Purple w szczytowej formie. Jest tu energia, radość z gry i obietnica, że dalej będzie tak samo dobrze.

Początkowo średnie – pod względem jakości i tempa – Storm Baby po chwili atakuje potężnym, hard rockowym uderzeniem. To jeden z tych momentów, kiedy chce się aż zawyć „Oł je!”. Welcome to the Cosmic Cabaret trzyma tę formę. Ale żeby nie zanudzić jednym kopytem, jak królowa na bal wjeżdża po nim numer tytułowy. Baśniowy, nawiązujący nieco do wspomnianej okładki, symfoniczny hard rock wspomagany przez Tobiasa Sammeta z Edguy brzmi nieco patetycznie, ale bez przesady i zamulania. Tak jakby jadąc chopperem, zjechać na chwilę z głównej drogi do zaczarowanego lasu. Ale nadal przy dźwiękach ryczącego silnika i smrodzie dymu wypluwanego z rury.

Często w gatunku zdarza się, że po kulminacji zajebistości w połowie albumu dostajemy wolny zjazd do bazy. Byleby dojechać. Magnum uciekają od tej pułapki po mistrzowsku – Without Love, Tell Me What You’ve Got to Say i Ya Wanna Be Someone to ten sam pulsujący rock’n’roll. Zadziorny wokal Boba Catleya i gitara Tony’ego Clarkina prowadzą dalej, zahaczając znowu o progresywne klimaty. Już bez wróżek i organów, ale z refleksją. Luzują trochę, kończą strzelać, a zaczynają zadawać pytania. O ile Forbidden Masquerade to kawałek nadal mocny choć z poważnym tekstem, tak Glory to Ashes i ostatni King of the World to celowe zwolnienie (nie mylić ze zmęczeniem!). Magnum prowadzi w ten sposób płynnie do końca płyty.

Zawsze słuchając tego składu, zastanawia mnie, dlaczego nie są tak popularni, jak Deep Purple? No właśnie, pojawia się tutaj ich słabość. Bo brzmią 1:1 jak Deep Purple, tylko bez mocnego hammonda – nie jest to Jon Lord czy Don Airey. Trzeba jednak przyznać, że w porównaniu do ostatnich trzech płyt DP, Magnum z Lost… wypada według mnie lepiej.

Konkluzja jest taka: jak ktoś umie w rock’n’roll, to umie. Wszyscy dobrze wiemy, że w muzyce nie liczą się lata w metryce ani liczba siwych włosów na klacie. A może myślę tak, bo sam nie robię się młodszy z biegiem lat? Nieważne. Ważne, że nie wszyscy muzyczni weterani gnuśnieją i wieszają wiosła na kołku.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , , .