Mammoth Weed Wizard Bastard – “Y Proffwyd Dwyll” (2016)

Mammoth Weed Wizard Bastard "Y Proffwyd Dwyll"

Kiedy otrzymałem do recenzji to wydawnictwo, pomyślałem, że kapele chyba zaczęły prześcigać się w wymyślaniu coraz to dziwniejszych nazw swoich projektów. Na myśl przyszła także refleksja, czy za tym inspirującym trendem podąża muzyczna jakość? Zespołów grających doom/stoner/sludge metal wypłynęło na rynek cała masa, pojawiła się moda na długobrodych i złowrogich mrocznych panów, także w otoczeniu równie mrocznych pań. Mammoth Weed Wizard Bastard zalicza się właśnie do tego grona. Zmyślna nazwa, brodaci panowie i ładna śpiewająca pani. Co z tego wynika?

Na swoim drugim długogrającym wydawnictwie, o równie wdzięcznie brzmiącej nazwie „Y Proffwyd Dwyll”, walijski kwartet proponuje słuchaczom muzyczno-galaktyczną podróż po psychodelicznych odmętach ciężkich riffów i transowego groove. Otwierający płytę blisko dziesięciominutowy „Valmasque”, od pierwszych sekund atakuje charczącymi gitarami i, co ciekawe anielskim i cukierkowym śpiewem Jessici Ball, który na pierwszy rzut ucha pasuje do całości jak pięść do nosa, można by pomyśleć „dawać mi tu męski przepity growl!”. Jednak jak to zwykle z pierwszym wrażeniem bywa, jest ono złudne. Tytułowy utwór „Y Proffwyd Dwyll”, gęsty, mroczny z licznymi elektronicznymi efektami, do czwartej minuty nie zaskakuje, natomiast gdy pojawia się sekcja smyczkowa, wraz z syntezatorową „solówką”, robi się naprawdę interesująco. Trzeci w zestawieniu, instrumentalny kawałek „Gallego” stanowi poniekąd pauzę w opowieściach, które snuje nam pani Ball. Znów wgniatające brzmienie i wolne tempo, szkoda tylko, że tym razem nie obyło się bez klawiszowych popisów. O ile fajniej słuchałoby się tego utworu gdyby nie syntezator pojawiający się ni stąd, ni z owąd w okolicach trzeciej minuty i trzydziestej sekundy. Ja rozumiem: kosmos, mrok, podróże w czasie i trawka. Czasami jednak warto odpuścić i postawić na prostotę.

Drugą część płyty otwiera najlepsza na krążku piosenka „Testudo”. W tym przypadku elektroniczny wstęp znakomicie spełnia swoją rolę. Kawałek zarzuca pomost pomiędzy takimi kapelami jak Ufomammut, czy SubRosa, fani tych kapel będą zadowoleni. Ostatnia, szósta pozycja na płycie „Cithuula” spina klamrą wszystkie czynniki stojące za wyjątkowością tej płyty.

Nie jest to arcydzieło, ani kamień milowy psychodelicznych odmian metalu. „Y Proffwyd Dwyll” serwuje muzykę, którą fani gatunku znają na wylot, ceniąc zarazem pewną powtarzalność i brak oryginalności. W przypadku Walijczyków może się to okazać zaletą i przysporzyć im wielu nowych fanów. Warto dać zespołowi szansę i śledzić ich poczynania, nawet jeśli cukierkowy śpiew będzie kłuł was w uszy.

Ocena: 6/10

Autorem recenzji jest Tom Wolf

Tagi: , , , , , , , , , , , .