Martillo Austral – “Origin” (2017)

Do nieprzyzwoitej wręcz ilości chilijskich projektów blackmetalowych właśnie dołączył nowy skład. To znaczy, tak naprawdę debiutował już jakiś czas temu, niemniej o demie i EP-ce Martillo Austral nie słyszałem (zresztą, internet twierdzi, że mało kto słyszał). Teraz duet wypuszcza pełnoprawny długograj, który za pośrednictwem Via Nocturna ma zawojować świat.

Czy zawojuje, szczerze wątpię. Origin zawiera osiem numerów black metalu tak standardowego i przeciętnego, że nie budzą we mnie skojarzeń na tyle, by ich z czymś porównywać. Większość tych czterdziestu minut spędziłem na wymuszonej koncentracji, niż faktycznym zainteresowaniu muzyką. Jest tu dużo letnich (chciałem napisać “chłodnych”, ale to byłaby przesada) melodii ubogacanych blastami. Na początku płyty ubarwiają je polkowe refreny, później przechodzi to bardziej w niskie, ciężkie w założeniu riffy. Kawałki w większości są prostsze niż konstrukcja cepa i nie zawierają w sobie jakichś niespodzianek albo ciekawych rozwiązań. Wydaje mi się, że Origin zostało zagrane strasznie na siłę. Nie słyszę tu ani pasji, ani agresji, ani nawet umiarkowanego zainteresowania szerzeniem chwały Rogatce i śmierci wśród pozerów.

Żeby nie było, Martillo Austral nie jest tak totalnie do utylizacji. Płyta ma swoje plusy, choć jakkolwiek bym się starał, nie mogę powiedzieć że jest ich wiele. Chłopaki potrafią wytworzyć pewien rodzaj epickości w atmosferze (Burn The Flag i Loyal To No One), The Origin posiada całkiem fajne motywy, które jednak są zbyt mocno eksploatowane i koniec końców nudzą. Duży plus należy się za linie basu, które grają istotną rolę, a czasami pojawia się nawet bassolówka. Najlepiej obrazuje to Homeland, który jest jedyną na tyle dynamiczną piosenką, którą z własnej woli mógłbym jeszcze raz odsłuchać.

Niemniej najprawdopodobniej i tak tego nie zrobię ze względu na brzmienie. Jest czytelne, okej, ale przy tym wysuszone jak tygodniowa bułka. Perkusja to całkiem oczywisty drumbot, choć i tak nie irytował mnie choćby w połowie tak, jak wokal. Potworze Posolony, słuchanie tych krzyków boli, i to nie w tym dobrym kontekście.

Nie sądzę, by Martillo Austral kogokolwiek zainteresowało. To idealny przykład płyty niebudzącej większych emocji. Ani dobrej, ani słabej, po prostu nijakiej. Może kolejne krążki Chilijczyków będą lepsze. Origin nie poleciłbym nawet największemu maniakowi czerniny.

Martillo Austral na Facebooku

Ocena: 5/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , .