Mating Ritual – „Light Myself On Fire” (2018)

Mating Ritual, czyli kopulacja, spółkowanie, akt płciowy. Taką to ociekającą tabu nazwą urzeka nas duet z Los Angeles. Tworzą go bracia LawhonRyan i Taylor. Początki tego muzycznego tandemu datuje się na 2014 rok, kiedy to obydwoje zakończyli swój wcześniejszy projekt o nazwie Pacific Air, po którym ich twórcza kooperacja nieco osłabła, a drogi się rozeszły.

Na początku konceptem Mating Ritual miała być kariera solowa Ryana, lecz nie do końca się to udało. Co prawda pierwszy album How You Gonna Stop It? z 2017 roku Ryan wydał sam, jednak trafiły tam kompozycje z przeszłości, które napisał razem z bratem lub swoimi przyjaciółmi, takimi jak np. Lizzy Land.

Obiekt mojej recenzji, Light Myself On Fire, druga pozycja w rozpoczynającej się dyskografii Mating Ritual, to muzyczny głos obu braci. Taylor powraca, by razem ze swoim bratem tworzyć nową muzę i razem wydają, jak dla mnie, jeden z ciekawszych krążków tego roku. Lawhonowie są samowystarczalni, sami zajęli się produkcją oraz mixami, co czyni Mating Ritual niezależnym tworem. Oficjalnie płyta miała premierę 4 maja br. pod szyldem Smooth Jaws (wytwórnia Ryana), ale można ją także dostać na pięknie wydanym winylu w katalogu Vinyl Moon.

Light Myself On Fire rozpoczyna numer tytułowy, jednocześnie najkrótszy (niespełna trzy minuty) i najbardziej czaderski utwór tego albumu. Znajdziecie na nim połączenie low-fi/indie popu z estetyką lat 80. Low-fi/indie pop słychać szczególnie w soundzie klawiszy, za to bębny i cała reszta włącznie z wokalem, to już czyste 80’s. Do tego dorzućcie gitarowe zakończenie żywcem wyrwane z post-punka, a otrzymacie przepięknie melodyjny, pełen patosu klimat. Równie oczarowującą atmosferę ma drugi numer U + Me Will Never Die, tylko ten jest bardziej taneczny, bardziej skoczny. W nim znów słychać wyżej opisaną przeze mnie korelacje z post-punkiem oraz brzmieniem synth-popu. Zwrotki są bardziej post-punkowe, w nich sekcja rytmiczna nadaje specyficzną temu stylowi dynamikę, za to w refrenie, kiedy wchodzą syntezatory, słychać echo, przez niektórych znawców muzyki, nazywane kiczem lat 80. Wyłuszczę Wam jeszcze jedną z dziewięciu piosenek, które znajdziecie na tym wydawnictwie. Splitting in Two przykuł moją uwagę głównie przez wokal (choć nie tylko), a raczej efekt nałożony na głos Ryana. Skutek jest taki, że brzmi on bardzo sztucznie i obco. Manewr ten przypomniał mi o dokonaniach Karin Dreijer Andersson, która używała bardzo podobnego triku na swoich albumach, przez co jej śpiew brzmiał niemalże męsko. Struktura wszystkich kawałków tego wydawnictwa zazwyczaj jest taka sama (nie widzę więc sensu w opisywaniu każdego po kolei) – zwrotka/refren, zwrotka/refren, krótki bridge, (lub nie) i znów refren. Także nie jest to muzyka dla wymagających słuchaczy, to dźwięki proste i przyjemne, wręcz radiowe hiciory, wpadające w ucho od pierwszego przesłuchania. Nic w tym dziwnego, gdyż Light Myself On Fire powstał po to, by swym urokiem przyciągać tłumy.

Podobno większość kompozycji drugiego dziecka Mating Ritual, powstała po zmroku. Dlatego też, porównując How You Gonna Stop It? z Light Myself On Fire, ten drugi wypada nieco mroczniej, ale też jest bardziej elektroniczny, pełno w nim retro-automatów perkusyjnych oraz świszczących syntezatorów. Na koniec podkreślę jeszcze jedną sprawę – długości, czyli niecałe 35 minut. Wydaje się, że to nieco mało, a jednak w przypadku tego krążka ten czas idealnie pasuje, nie zdąży znudzić, a jak ma się pragnienie na jeszcze, wystarczy puścić od nowa.

Ocena: 8,8/10

Mating Ritual na Facebooku.

Tagi: , , , , , , , , , , , , .