Me and That Man – New Man, New Songs, Same Shit Vol. 1 (2020)

Strasznie lubię hybrydy, kocham się w nieoczywistych rozwiązaniach i ponad wszystko cenię w artystach dystans i wyznaczanie nowych granic. Dlatego na drugą odsłonę projektu Me and That Man nie czekałam z zapartym tchem a ze spokojem. Pierwszy album MATM Songs of Love and Death (2017) pod batutą lidera Behemoth Adama Nergala Darskiego był fajną gratką, zdecydowanie bardziej koncertową, energetyczną bombą, aniżeli zapadającym w pamięć dziełem wiekopomnym przełamującym jakieś fale. Jasne, połączenie folku, bluesa i nowoczesnego country może być przyjemne, szczególnie podane w przemyślany sposób, choć często niekoniecznie zaskakujący. Świetna produkcja, rozhukana promocja, koncept – może trochę nazbyt poważny, uznani kolaborujący muzycy, na czele z Johnem Porterem, i ogólnie sam pomysł składu zespołu zasługują na uniesienie brwi, miano ciekawostki, wzmianki, ale jeszcze nie podium dla eklektycznych supergrup. Gdy przyszła kolej na drugą odsłonę odskoczni Nergala od ciężkich dźwięków na rzecz melodyjnych, przystępnych zwykłym śmiertelnikom numerów, zaczął się inny, nowy rozdział MATM, który na polskim, wąskim poletku przechodzi właśnie do historii, a na świecie jest co najmniej ciekawostką, bynajmniej nie wzmianką. Czy wskoczy na podium na przykład w rocznych podsumowaniach muzycznych? Może, choć nie musi, to świetna, niezobowiązująca przejażdżka po możliwościach i śmiałym wykorzystaniu pomysłów.

Przede wszystkim dystans. Pomysłodawcę przedsięwzięcia MATM można kochać lub wręcz przeciwnie, doceniać lub szukać wad, ale nikt nie odmówi mu pracowitości, umiejętnego dążenia do celu i cholernej charyzmy, którą mógłby sprzedawać na pęczki. Mówi się, że prawdziwy artysta nie ma ograniczeń, a marzenia są po to, by je spełniać. To do dzieła. A jeśli na jednej, folkowej płycie zmieścić kilkunastu takich, którzy tak jak Nergal mają już swoje ugruntowane pozycje w konkretnych ramach a zgodzili się zrobić skok w bok? Czemu nie! Życie jest jedno, a możliwości wiele. Darski tym razem zaprosił do swojej fantazji/wariacji na temat “cave’owych” i “waitsowych” aranży kolegów po fachu z najwyższej półki. A więc gościnnie pojawili się przedstawiciele mocniejszych, metalem szytych dźwięków – Corey Taylor, Ihsahn, Matt Heafy czy Jorgen Munkeby, jak i muzycy świetnie odnajdujący się w rockowo-folkowej stylistyce z Sivertem Hoyenem (Madrugada) na czele, Matem McNerneyem (Grave Pleasures, Hexvessel) i Jérôme Reuterem (Rome). Fundamentem zespołu oprócz Adama pozostali Łukasz Kumański na perkusji, Matteo Bassoli na basie i klawiszach, oraz Sasha Boole na gitarze, klawiszach i banjo. Dodatkowo w utworze How Come? z Coreyem Taylorem partie gitar zagrali Rob Caggiano (Volbeat) i Brent Hinds (Mastodon). Dużo nazwisk, dużo różnych osobowości, dużo znaków zapytania, czy aby na pewno taka formuła nie będzie przerostem formy nad treścią, niepotrzebne skreślić. Wszystko się ze sobą zgodziło.

Album jest utrzymany w jednej konwencji, choć ma różne twarze (dosłownie) – i melancholijną, stonowaną w treści, i bardziej dosłowną, do tupania i podrygiwania, bez specjalnego owijania w bawełnę. W każdym numerze czuć jednak podobny ton, dystans liryczny i podtrzymanie jednego wydźwięku. Cały zamysł uważam za spójny, momentami z fajnym dysonansem jak natura każdego z nas – albo potrafimy mówić dosadnie, albo próbujemy zostawić miejsce na niedopowiedzenia. Muzycy kolejno puszczają oko w stronę odbiorcy, a to w aranżacji, a to w inspiracji, albo w tekstach, i to działa. Jeśli mam wybierać, absolutnie ukochałam dwa numery, najbardziej chwytliwe i wokalnie poruszające – By the River z multiinstrumentalistą Ihsahnem (Emperor), i Surrender ze szwedzkim bluesmanem Andersem Landelisem (Dead Soul), przy czym warto tu napomknąć o gitarowej solówce Caggiano. Skoczny, energetyczny Run with the Devil z Jørgenem Munkeby (Shining, NOR) i bujający Burning Churches z Matem McNerneyem zaliczam zaś do grupy bardziej lekkiego oblicza albumu, z wisienką na torcie w postaci numeru You Will Be Mine w wykonaniu Matta Heafy’ego (Trivium) (i te niebanalne, urocze chórki, miód!). Paradoksalnie najmniej zaskoczył mnie numer zamykający album Confession w wykonaniu Niklasa Kvarfortha (Shining, SWE). Już tłumaczę dlaczego – po całej przygodzie z albumem ten wariat najzwyczajniej w świecie pasuje jak ulał do niniejszego projektu i całej koncepcji New Man…,  już nawet epilog z ukłonem w black metal (znów oczko do słuchacza), nijak niełączący się z resztą, ostatecznie złożył mi się na konkretny puzzel w tej układance. Należy też wspomnieć o samym sprawcy tego szaleństwa, który skromnie zaprezentował się wokalnie tylko w jednym numerze z tekstem autorstwa Piotra Gibnera (Mùlk) pt. Męstwo. Nergal wybitnym wokalistą nie jest, o czym sam doskonale wie (zapraszam do singlowego Run with the Devil i zakończenia teledysku), przeszkadza trochę manieryczność, niemniej piosenka wypada zgrabnie, w moim uznaniu o niebo lepiej niż najbardziej stylowo country numer z Johanną Sadonis (Lucifer) Deep Down South – tu granice mojej tolerancji zostały nieco naciągnięte. O każdej piosence można właściwie napisać mini-esej, roztaczając tu i ówdzie aurę onirycznych uniesień nad produkcją, bo tu też należy się osobny akapit, przy czym również każdą można zamknąć w dwóch słowach – jest fajnie.

No dobrze, zatrzymajmy się chwilę przy samej osnowie i gangu Me and That Man. Nic by z tego nie było, gdyby nie dobry vibe w podejściu do tematu drugiej płyty i wynikający z tego zwyczajny luz. Nie ma zadęcia, nie ma sztucznie pompowanego marketingowego balonu, z którego nic nie wynika, nie ma kreowania twórczości na nie wiadomo jak wzniosły projekt. Łamanie konwenansów i naginanie gatunkowych granic to nie tutaj. I twórcy mają tego świadomość. To dobre piosenki, dobre pomysły i bardzo dobra jakość wykonania w gwiazdorskiej obsadzie. Czego więcej potrzeba! Na koniec jeszcze jeden, warty odnotowania detal. Każdy aspekt drugiego albumu MATM, od grafiki, szczegółów promocji i stopniowania informacji, po zdjęcia, merch i piękne wydanie, jest perfekcyjnie dopracowany i przygotowany. Adam Nergal Darski słynie z dopieszczania swoich wydawnictw i tu również trzeba się pochylić nad poszczególnymi elementami tworzącymi całość. Czapki z głów. Tak to się robi.

Ocena: 8,5/10

Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .