Megadeth – „Th1rt3en” (2011/2019)

Dave Mustaine do swoich osiągnięć może dołożyć wygraną walkę z rakiem krtani, a my – fani Megadeth – możemy spać spokojnie i wyczekiwać nowego albumu. Tymczasem czas przypomnieć o zeszłorocznych reedycjach, które ufundowało nam BMG. Po recenzjach United Abominations i Endgame nadszedł czas, by pochylić się nad wydanym pierwotnie w 2011 roku krążkiem Th1rt3en, który tak jak poprzednicy został wypuszczony na CD i winylu z nowym brzmieniem, ufundowanym przez mistrza Teda Jensena (Machine Head, Mastodon, Guns N’ Roses).

„Nowa” wersja Th1rt3en umieszczona jest w schludnym gatefolderze, na dwóch płytach winylowych, pozbawionych jakichkolwiek bonusów. Może to i dobrze, czasami takie prezenty okazują się mało atrakcyjne i niepotrzebnie zakłócają wrażenia, jakie mamy przy odbiorze całości wznawianych płyt. Zatem mamy do czynienia z trzynastoma podstawowymi kompozycjami wchodzącymi w skład płyty.

Tak jak w przypadku poprzedniczek, okoliczności wznawiania stały się dla mnie idealną wymówką do przypomnienia sobie materiału płyt, ponieważ słuchane po premierze z czasem zostały lekko zakurzone w mojej pamięci, pozostawiając bardziej odczucia z nimi związane, a nie samą muzykę. Trzynastka nie należała do moich ulubionych wtedy, i jak się okazuje po kilku latach także nie postawię jej na podium teraz. O ile album ma dobry start w postaci Sudden Death, Public Enemy Number One i Whose Life (Is It Anyway), o tyle wraz z czwartym We the People klimat lekko pada. Zawsze ceniłem muzykę Megadeth za wielowarstwowość, tu jakby tego zabrakło, utwory nie mają drugiego dna i dają się poznać przy pierwszych słuchaniach. Proszę mnie nie rozumieć źle, kompozycje są jak najbardziej w porządku, ale od Mustaine’a wymagam nieco więcej, jego styl w znakomitej większości oferuje mały pierwiastek szaleństwa i nieprzewidywalności, który wyróżnia Megadeth z grona załóg thrash metalowych. Co cieszy, przy końcówce pojawiają się znowu dobre utwory w postaci nieco stonowanego Millennium of the Blind i bardzo „megadethowego” Deadly Nightshade, nieco wyrównując bilans całości.

Nie wymagam od Dave’a nagrywania za każdym razem kolejnego Rust In Peace, lecz przy okazji tego albumu spadł troszkę poniżej swego równego poziomu. Jest to oczywiście obowiązkowa pozycja na półce, ale w moim przypadku taka, która rzadziej będzie ją opuszczała, by gościć w odtwarzaczu.

Megadeth na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , .