My Silent Wake – “There Was Death” (2018)

Tym razem na moje ręce trafił materiał z najnowszego albumu angielskiej formacji My Silent Wake. Było to moje pierwsze zetknięcie z kapelą, mimo że na scenie działa już od ponad 10 lat, a recenzowany There Was Death, który ukazał się 16. lutego br. nakładem Minotauro Records, jest dziesiątym krążkiem w dorobku Panów. O tym, jak wypadło to spotkanie i czy żałuję, że wcześniej nie trafiłam na muzykę My Silent Wake, opowiem Wam poniżej.

Pierwsze trzy kompozycje zamieszczone na płycie brzmią bardzo klasycznie i zachowawczo w odniesieniu do konwencji death/doom metalu. Ciężkie, rozciągnięte riffy, powolne bicie perkusji, okraszone death metalowym growlem niejednokrotnie przywołują na myśl wczesne dokonania My Dying Bride czy Paradise Lost. Ich melodyjność wydobywa się dopiero przy kolejnych przesłuchaniach.

W dalszej części albumu robi się ciekawiej i coraz bardziej zaskakująco. Ghosts of Parlous Lives pozostaje utrzymany w nieco bardziej gotyckiej klimatyce ze względu na łagodne damskie chórki i męskie wokalizy w tle. Niemniej hipnotyzujące jest intro do utworu, oparte na harmonijnej grze fortepianu i gitary. W moim odczuciu ta kompozycja spaja dwa oblicza My Silent Wake – ciężkie, death/doom metalowe z subtelniejszym i melodyjnym gotyckim zacięciem.

Pierwszym, intrygującym momentem na płycie jest nieco ponad 30-sekundowy Mourning the Loss of the Living. W pierwszej chwili kawałek momentalnie skojarzyłam ze szwedzkim Shining! Barwa głosu wokalisty w czystym śpiewie jest łudząco podobna do barwy Niklasa Kvarfortha. Nawet brzmienie kompozycji nasuwa na myśl intro do któregoś z kawałków Szwedów.

Kolejno w zaskoczenie wprawiły mnie kończące album No End to Sorrow oraz An End to Suffering. Pierwszy utwór głównie przez swój początek, który brzmi niczym uspokajająca kołysanka na dobranoc. Motyw stopniowo przechodzi w cięższe gitarowe riffy, ale cała kompozycja pozostaje utrzymana w spokojnej i możne nawet – pokusiłabym się o określenie – sielankowej atmosferze. Zaś w drugim numerze muzycy sięgnęli po środki wyrazu w postaci elektryzującego, „egzotyczno-orientalnego” gitarowego intra. Bardzo płynnie dołącza do niego growl. Dodatkowego charakteru nadają w późniejszej części po raz kolejny damsko-męski chór, dopełniający główny wokal. Dwa ostatnie kawałki subtelnie i nienachalnie zamykają There Was Death, dając słuchaczowi złapać oddech i wyciszyć się po wcześniejszej partii materiału na płycie.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością My Silent Wake przebiegło dość pozytywnie. There Was Death zawiera dawkę naprawdę porządnego death/doom metalu, który z pewnością przypadnie do gustu fanom My Dying Bride, Paradise Lost, Novembers Doom, Doom:VS etc. Panowie prezentują klasyczne ujęcie muzyki w tym nurcie. Co prawda nie ma tutaj nic, co sprawiałoby, że album jest wybitny i nader wyróżniał się spośród innych krążków oscylujących w tej stylistyce – jednak znalazło się tu klika chwytów, które zwracają uwagę i nie pozwalają płycie dosięgnąć monotonii. A to się zdecydowanie chwali!

Ocena: 7,5/10

Marta (Kometa)

Marta (Kometa)

Chwalę i krytykuję płyty, piszę koncertowe opowieści.
Marta (Kometa)

Latest posts by Marta (Kometa) (see all)

Tagi: , , , , , , , , .