Nagual – “Self Conqueror” (2016)

Czasami bywa, że słuchałbym ostrego i brutalnego black metalu tak głośno i dobitnie, aż z uszu zaczęłaby cieknąć krew. W te dni nawet Burzum czy Emperor wydaje się delikatny, jak muśnięcie skrzydła motyla, i odrzucam te płyty ze wstrętem. Czasem natomiast ochotę mam na coś znacznie bardziej subtelnego. A subtelne u mnie jest wszystko, co opisać można określeniem melodic black metal. Wtedy chętnie sięgam na przykład po projekty jednoosobowe. Czyli coś dokładnie takiego, jak krakowski Nagual.

Self Conqueror to króciutka, zaledwie dwudziestominutowa EPka, na którą składają się trzy utwory. Tyle że krakus nie odbębnia ich w typowym dla jednoosobowych projektów stylu. Próżno szukać tu ambientowo-nostalgicznych powolnych rytmów i powtarzanych do znudzenia oklepanych patentów. Jeśli znacie Hermodr, to wiecie co mam na myśli. Nagual jest natomiast bardziej jak… Srogość na przykład, choć wiem, że ten projekt do jednoosobowych się akurat nie zalicza.

Na wszystkich trzech utworach muzyka jest ostra niczym brzytwa i ciężka, jak obosieczny miecz. Czyli coś, co tygrysy lubią bardziej od brykania. Równocześnie jest w każdej sekundzie tyle melodyki, liryki i uczuć, że muzyka wpływa do mózgu jak miód. Co ja mówię – jest znacznie słodsza niż ulubiony przez Puchatka smakołyk. Jest więc miks ognia z wodą, piekła z niebem i czarnego ze śnieżną bielą. Niby niemożliwe, a jednak.

Dlatego Naugala trzeba mocno wspierać. Ja zrobię to, kupując jego pierwszą, wydaną w 2013 roku EPkę Zgliszcza. Założę się, że jest równie niesamowita. Aż jestem dumny, że oddychamy tym samym smogiem!

Ocena 8,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , .