Narrenwind – “Mojej bolesnej śnię dobrą śmierć” (2018)

Polski black metal niejedno ma imię. Ilość grup z naszego podwórka, które nieustannie starają się mieszać w blackowym kotle, mnoży się diabelskim wręcz pędem. W gąszczu kolejnych post blacków, awangardowych blacków, teatralnych blacków, pato blacków i innych eksperymentów, nietrudno trafić na brak świeżości, koniunkturalizm i obliczenie na chwilowe zainteresowanie trendem. Dlatego też, jako odbiorca, staram się z dystansem i bez zbędnej ekscytacji podchodzić do coraz to nowych wariacji na temat czarnej sztuki, które cyklicznie pojawiają się na polskim rynku wydawniczym.

Uzbrojony we wspomnianą bezpieczną rezerwę podszedłem do lektury krążka Mojej bolesnej śnię dobrą śmierć zespołu Narrenwind, który jest owocem współpracy znanego z Non Opus Dei Klimørha i Ævila, który na co dzień udziela się w zespole Sauron.

I przyznać muszę, że choć nie zostałem kontaktem z trwającym nieco ponad 45 minut debiutanckim materiałem zespołu śmiertelnie porażony, nie mogę odmówić mu naturalnego uroku, charakteru i ujmującej atmosfery. Narrenwind udało się oddać w swojej muzyce autentyczny klimat turpistycznego danse macabre, odtańczonego na opustoszałej europejskiej prowincji w czasie XIV-wiecznej zarazy, gdzie śmierć zbierała swoje żniwo w towarzystwie pozostających już tylko jedną nogą przy życiu nędzarzy i toczących się poboczami, zadżumionych wozów z trupami. W tym aspekcie muzyka zespołu przywodzi mi na myśl (uprzedzam, zanim ktoś obruszy się za przywołanie Famine, że chodzi o aurę, nie treści prezentowane przez twórcę) pierwsze płyty Peste Noire – słuchając Mojej bolesnej śnię dobrą śmierć nie raz złapałem się na skojarzeniach z utworami zawartymi na La Sanie des siècles czy Ballade cuntre lo Anemi francor.

Myli się ten, kto myśli, że Narrenwind ogranicza się do serwowania jednostajnych, utrzymanych jedynie w średnich tempach utworów. Choć te na płycie przeważają, zespół posiłkuje się też tradycyjne black metalowymi środkami, serwując miejscami takie riffy (Wydłużam Cień Boga Ciemności, Boga znienawidź, a zaznasz świętości, Przemocą wepchnięci w istnienie), że czapka potrafi wyraźnie zsunąć się z głowy. Dodając do tego intrygujące, odśpiewane w całości po polsku teksty (niektóre zaczerpnięte z poezji młodopolskiej i współczesnej) oraz klimatyczną oprawę graficzną (okładkę zdobi ilustracja brytyjskiego rysownika Charlesa Henry’ego Benetta, kapela sięgnęła także po Siódmą Pieczęć Bergamana w promocyjnym klipie) otrzymujemy spójny i co najważniejsze, przekonujący koncept.

Jeśli ktoś jeszcze nie zahaczył o Mojej bolesnej śnię dobrą śmierć, warto jak najszybciej zaległości nadrobić. Szczególnie, że we wrześniu zespół zamierza wydać nowy album, zatytułowany Ja, Dago.

Sprawdźcie koniecznie!

Ocena: 8/10

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu
This entry was posted in Recenzje. Bookmark the permalink.