Nasheim – “Jord Och Aska” (2019)

Przyznam szczerze, że wcześniej nie miałem pojęcia o istnieniu Nasheim. Na szczęście trafiłem na Jord Och Aska, drugą pełną płytę jednoosobowego projektu, za którym stoi Erik Grahn – bliżej nieznany, lecz bardzo utalentowany muzyk, który proponuje niezwykłą, przepełnioną atmosferą muzykę, wywodzącą się z szeroko rozumianego black metalu. Przykład zdolnego Szweda jest żywym dowodem na to, jak niejednoznacznym gatunkiem jest black. Ileż dobra można w nim przemycić, ile emocji, ile klimatu.

Nowy Nasheim to trzy monumentalne utwory, chociaż są od siebie oddzielone raczej tylko umownie. To jeden wielki, bardzo spójny monolit, dla którego black metal jest tylko punktem wyjścia i nośnikiem całej gamy poruszających brzmień. Początek albumu to jedna wielka melancholia – spod spokojnej, leniwej gitary wyłaniają się dźwięki skrzypiec, ale już po pierwszych mocniejszych taktach wiemy, że to będzie coś naprawdę dużego. Gdy zderzymy się z gitarową ścianą opartą na złamanym rytmie, pierwsze co przychodzi na myśl, to klasyczne oblicze Bathory z najlepszych lat, kiedy to Quorthon snuł opowieści o wikingach. Smyczki są cały czas obecne, ale nie jako snujący się ozdobnik wyciskający łzy i nadający na siłę posmaku atmosfery smutku, lecz jako pełnoprawny instrument, doskonale zrównoważony przez brudne gitarowe riffowanie. Muzyka jest opleciona klimatem, który właściwie tworzy się sam. Przenosi to wszystko kilka tysięcy lat wstecz, na łódź nordyckich wojowników, dryfującą po zasnutych mgłą odmętach północnych mórz. Nie będę silił się na poetyckie porównania, kto posłucha, ten zrozumie. Att sväva över vidderna zlewa się w bardzo nośny obraz, tu i tam pojawi się melodyjne tremolo czy chóralny zaśpiew, które idealnie wpasowują się w całość. Dodatkowo emocje podsyca wokal, który raz skrzeczy, a raz szepcze, i wszystko w punkt. Grå de bittert sådda skogar to właściwie jeden smutny gitarowy motyw, mający post-punkowe konotacje, ale obudowany przejmującym wokalem i podany z charakterystyczną, szwedzką manierą. Ten krótki (pięć i pół minuty) pasaż niezauważalnie przechodzi w Sänk mig i tystnad, który dodaje mu wyraźnego, black metalowego charakteru. Są momenty, że ścianą dźwięku nie powstydziłby Svartidaudi, ale gdy wyłaniają się akustyczne, szeptane elementy, zazdrość mogłaby skręcić Wardrunę. Melodyjny motyw, który pojawia się mniej więcej w środkowej partii utworu, ma niemal progresywny charakter, a sposób jego podania z miejsca ustawia Nasheim w szeregu zespołów poszukujących. Znane są przypadki inspirowania się black metalowych ekip gigantami z kręgu rocka progresywnego. Erick Grahn nie robi niczego na siłę, nie przemyca skomplikowanych struktur, ale coś czuję, że mógł sporo słuchać rodaków z Anekdoten. Słychać podobne wibracje i sposób podejścia do pisania muzyki, ale wszystko wychodzi jakby samo z siebie, niezwykle naturalnie. Każda fraza ma swoje logiczne następstwo, wszystko jest misternie ułożone, ale to jedna z tych płyt, przy których ma się wrażenie, że nie została skomponowana – tak jakby autor ułożył sobie w głowie konkretny, bardzo klimatyczny pejzaż i postanowił go ożywić za pomocą instrumentów, a dźwięki ułożyły się same.

Jord Och Aska po prostu poraża swoją siłą. Black metal czerpiący z tradycji post-rocka, z progresywnym podejściem i symfonicznym rozmachem. Naturalny, spójny, bez cienia wieśniackich orkiestracji i zbędnego kombinowania. A przy tym nośny i wyjątkowo przystępny, bo 42 minuty mija bardzo szybko. Płyty Szweda nie da się posłuchać raz i odłożyć na półkę, bo to wciąga jak w wir, a sama muzyka momentami ociera się o absolut.

Ocena: 9,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , .