Neolith – „I Am the way” (2019)

W listopadzie zeszłego roku odbyła się premiera piątego albumu starych wyjadaczy z zespołu Neolith. Krążek nosi tytuł I Am the Way, ujrzał dzienne światło z logiem MyThrone Promotions i jest on moim pierwszym kontaktem z zespołem od kultowego debiutu z 1998 roku, noszącego tytuł I.N.R.I – Igne Natura Renovabitur Integra. Neolith na tamte czasy był dobrze znany w podziemnej scenie, a u mnie często gościł w kaseciaku. Jakoś tak się złożyło, że ominąłem ponad dwadzieścia lat istnienia zespołu. Dlaczego? Sam nie wiem. Może winą była słaba promocja, może nawał innych premier, ale faktem jest, iż I Am the Way przywróciło nazwę Neolith do mojego domu.

I Am the Way nagrano w wytwórni Stodoła Studio, a miks i mastering przekazany został Mariuszowi Koniecznemu z Heavy Gear Studio. Efekt? Dosyć plastikowy, niestety pozbawiony przestrzeni sound, zdominowany przez silnie skompresowane i próbkowane centrale perkusji. Nie jest to już brzmienie, które jestem w stanie określić bardzo dobrym; fakt, wszystko jest słyszalne i poprawne, ale w dzisiejszych czasach możliwości jest wiele i bez profesjonalnego studia, a tu tej pracy mało dostrzegam, zatem punktu w tym miejscu nie postawię i klasycznie obronić musi się muzyka.

Jak już pisałem, ostatnim albumem przeze mnie słyszanym od Neolith był debiut sięgający lat 90., był on diametralnie inny od tego, co wyprawia się na I Am the Way, ale znalazłem mimo wszystko punkt zborny dla tych wydawnictw. Jest to mianowicie kompletnie niezmienione podejście do robienia muzyki względem dawnych lat, I Am… skonstruowana jest w moim uznaniu na starą modłę. Aranże, ilość popisów technicznych, operowanie atmosferą wydaje się utrzymane w zbliżonym stylu do ówczesnego. Ma to swoje zalety, ale także minusy. Plusami niewątpliwie są klarowne kompozycje, łatwe do rozczytania partie instrumentów czy łatwość odbioru. Minusem natomiast jest delikatna ogólna skostniałość stylu zespołu, co się objawia w mało zróżnicowanej formie utworów, ilości podobnych rozwiązań i riffów. Poza małymi wyjątkami w postaci zwolnień (na przykład Hear Ye, Hear Ye!) album może wydawać się jednostajny i osoby szukające jakichś zaskoczeń czy kontrastów mogą być zawiedzeni. Za to wszyscy lubiący solidne death metalowe łupanie, pozbawione niepotrzebnego kombinowania będą zachwyceni, i elementy przedstawione przeze mnie jako minusy staną się z automatu atutami krążka.

Ci, którzy znają wcześniejsze oblicze Neolith nie przewidzieli się, I Am the Way to płyta death metalowa. Muzycy postanowili przyspieszyć i odpuścili doomowo/klimatyczne ciągoty na drugi (jeżeli nie trzeci) plan, układając się w jednej linii z choćby starym Hate. Głównym elementem łączącym Neolith z dawnym wcieleniem pozostały wokale, mogące się kojarzyć z Johanem Edlundem z nieodżałowanego Tiamatu. Jest to element działający in plus, niedźwiedzie krzyki nadają oryginalności, zwykłe growle mogłyby położyć album.

Treść tej recenzji może wskazywać, iż najnowsza propozycja Neolith nie wkradła się w moje łaski, a nie jest to do końca prawdą. Faktem jest, że biorąc się za I Am the Way sporo oczekiwałem, faktem jest, że dostałem inną muzykę niż się spodziewałem, i faktem też są większe wymagania względem tego projektu niż do wielu bandów. Ostatecznie oceniam album na dobry z plusem, jest to porządny, dobrze zbudowany kawałek metalu, który może być lubiany. A gdyby tak w przyszłości zespół włożył więcej starań w urozmaicenie kompozycji, to będzie pierwsza liga.

Ocena: 6.5/10

Neolith na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , .