Obituary – „Obituary” (2017)

Obituary – tego zespołu w metalowym światku raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Legenda amerykańskiego death metalu powraca ze swoim dziesiątym albumem wydanym pod szyldem Relapse Records, a miało to miejsce 17 marca 2017 roku.

Będąc wielkim fanem pierwszych dwóch płyt Obituary, w 2003 roku ucieszyła mnie wiadomość o ich reaktywacji. I tak dostaliśmy płyty Frozen in Time oraz Xecutioner’s Return. Albumy te były dowodami na to, że Obituary nadal potrafi grać swój prymitywny death metal, tak jak na początku lat dziewięćdziesiątych. Niestety trochę zbłądzili na kolejnym – Darkest Day, ale wynagrodzili nam to po pięciu latach albumem o nazwie Inked in Blood. Teraz, na swoim „czarnym albumie”, pokuszę się o stwierdzenie – nagrali najlepszy zombie materiał od 25 lat.

Od początku album przykuwa uwagę doskonałym brzmieniem. Obituary nigdy nie był zespołem, który nastawiał się na krystalicznie czyste produkcje, ale na tym materiale selektywność poszczególnych instrumentów jest niemal namacalna. Oczywiście bas mógłby być trochę bardziej wysunięty na pierwszy plan, z podkręconym metalicznym brzmieniem, ale to kwestia mocno subiektywna, może moje czepialstwo. Perkusja na tym krążku w końcu nie brzmi jak karton, bo kto zna ich poprzednie dokonania, wie, że zdarzały się różne wpadki na tym polu. Za to dźwięk gitar jest idealnie wyważony. No i wisienką pozostaje wokal Johna Tardy. Ten głos zaskakiwał swoją brutalnością i wynaturzeniem na początku lat dziewięćdziesiątych, i nadal nie da się go pomylić z żadnym innym ze światka death metalu. I co zaskakujące, jak na 50-latka, Tardy nadal posiada to „coś”, może w ciut mniej dzikiej wersji.

Na uwagę zasługuje End It Now i od razu zaskakuje swoim początkiem, szybką jazdą na dwie stopy oraz okazjonalnymi microblastami (tego nie było w ich muzyce). Jednak szybko zwalnia do średnich temp, czyli innymi słowy Panowie standardowo miażdżą wszystko na swojej drodze ciężkimi riffami. Za to w Straight to Hell moim ulubionym fragmentem jest instrumentalny breakdown około 1:18, kiedy to wyziewy Johna, jak wskazuje tytuł kawałka, wydobywają się z piekielnej czeluści, aż ciarki przelatują po skórze.

Obituary jest znany z mieszania swego stylu z innymi gatunkami, jak na przykład na World Demise i Back From The Dead można było odczuć wpływy hardcore punka. Na tym albumie w dwóch utworach, A Lesson in Vengeance i Betrayed, czuć lekkie echa death’n roll’a. Osobiście nie do końca przekonuje mnie ten cały death’n’roll, ale w wykonaniu Obituary jestem jak najbardziej na tak. Najważniejsze jest to, że nie jest to kopia tego, co zapoczątkowali Panowie z Entombed.

Trwający niespełna czterdzieści minut Obituary plasuje się czasowo idealnie – ani nie zdąży znudzić, ani nie zdąży zmęczyć. Gatunkowo ze swoim podejściem do grania death metalu w naszych czasach, gdzie z jednej strony jest slam ze swoimi brutalnymi kuzynami, a z drugiej wszystkie techniczno-progresywne wydawnictwa, Obituary są jakby złotym środkiem. Swoim old-schoolowym nastawieniem mogą rozbudzić pierwotne instynkty u starych wyjadaczy żądnych mocnych wrażeń oraz pokazać młodym fanom metalu, że death metal to nie tylko brutalna szybkość i zwariowane urozmaicenia, a ich celticfrostowy stosunek do tego stylu kopie po ryju mocno – aż się błaga o jeszcze.

Ocena: 8/10

Obituary na Facebooku

Tagi: , , , , , .