Oink – „Oink” (2017)

Sytuacja wygląda tak: jest sobie mini-label Doping God, o którym nigdy nie słyszałem, który, obok innego mini-labelu Pooping Dog, o którym też nigdy nie słyszałem, jest częścią oficyny Pirronai Rec., o której również nigdy nie słyszałem (ale za to o tym wszystkim pisaliśmy!). I ten właśnie Doping God, nie mylić z Pooping Dog, wydaje debiutancki materiał kapeli, o której – zgadliście – nigdy nie słyszałem.

Kapela nazywa się Oink. Wiadomo o nich niewiele. W zasadzie tylko tyle, że członków zespołu jest pięciu, ich nazwiska możecie znaleźć w sekcji „Informacje” na facebookowym profilu grupy. Godny odnotowania jest fakt, że za perkusją siedzi Zbigniew Fyk, perkusista, którego niektórzy mogą kojarzyć między innymi z projektu Exodus Władysława Komendarka. Fyk – jak wyliczono w mailu, który dostaliśmy na redakcyjny adres – ma 63 lata, ale energię za kilku. Tak trzymać. Reszta zespołu wygląda na o połowę młodszą.

Do rzeczy: Oink nie jest zespołem metalowym, ale za to gitarowym na pewno. Grupa trzyma się psychodeliczno-funkujących klimatów. Niecodzienne połączenie, nieprawdaż? Na debiutanckim materiale zatytułowanym po prostu Oink (do odsłuchania w całości na Spotify, polecam) zespół zbliża się z jednej strony do Faith No More czy jakiejś poważniejszej i mniej melodyjnej wersji Red Hot Chilli Peppers, z drugiej odjeżdża momentami w bardziej psychodeliczne tematy, tworząc jednocześnie spójną, ale schizofreniczną całość.

Muzyka Oink opiera się na wyraźnym punktującym, slapowym, funkowym basie. Gitary sprawiają wrażenie, jakby pełniły rolę drugorzędną, służą w zasadzie do podbijania groove sekcji rytmicznej i akcentowania tych momentami mocno pojebanych riffów. Czasami gdzieś zawyją żeby było jeszcze bardziej klaustrofobicznie, ale nie spodziewajcie się łamiących kręgosłup metalowych riffów i betonowego brzmienia. Gitary brzmią czysto, dlatego też kiedy zespół chce zabrzmieć bardziej zdecydowanie, to przez ich staccato zaczyna przypominać nieco popisy Toma Morello za czasów Rage Against The Machine.

5 utworów, które złożyły się na album, nosi imiona, nie tytuły. Płyta zaczyna się od energicznego slapu rozpoczynającego kawałek Hans. Na dzień dobry dowiadujemy się z niego o Oink, że stoi za nimi przede wszystkim groove wzbogacony o fajnie brzmiące, swobodnie wykonane partie wokalne, a musicie wiedzieć, że nic mnie tak nie wkurwia jak wokalista, który jest totalnie spięty i próbuje na siłę robić coś, czego nie czuje. Wokalista Oink nie ma tego problemu, więc tych jego momentami pattonowskich zaśpiewów słucha mi się po prostu dobrze. Dzięki nim zresztą taki Dorian zbliża się momentami do okolic zarezerwowanych dla Queens of the Stone Age, bo trzeba tymże wokalom oddać, że są pomysłowe i zaaranżowane tak, żeby działo się w nich dużo ciekawego. Najbardziej agresywny wydaje się Dominique, po raz kolejny napędzany groovem, ale mieszający psychodeliczny vibe w zwrotce z energetyczniejszym i mocniejszym brzmieniowo refrenem. Właśnie w tym numerze Oink charakterem aranżacji przypominają mi nieco… Korn z początku swojej kariery, kiedy to Davis dodawał muzyce kwintetu psychodelii poprzez wykrzykiwanie jakichś dziecięcych wyliczanek (chyba pamiętacie Shoots and Ladders?).

Na tych trzech kawałkach moja percepcja się jednak kończy. Dwa ostatnie numery na płycie są zdecydowanie najdłuższe – Clyde trwa ponad 10 minut, Beth prawie 8. Być może to ze względu na swoje rozmiary zlewają mi się w jedną całość z resztą albumu. Kojarzę jedynie tyle, że Clyde zaczyna się znów funkowo, po pauzie zyskuje na agresji. Beth startuje powoli i ciężko, rozkręca się na chwilę w środku, potem znów cichnie i znów się rozkręca. Niby dzieje się w tych kawałkach całkiem sporo, ale przez to, że bazowy pomysł na granie we wszystkich pięciu kawałkach wydaje się być taki sam, nie byłem w stanie zapamiętać ani jednego fragmentu melodii, ani jednego riffu, ani jednego stanu emocjonalnego, który towarzyszyłby lekturze którejś z piosenek. Za to koniec końców będę zmuszony obniżyć końcową ocenę, choć nie ukrywam jednocześnie, że debiut Oink może być jednym z ciekawszych wydarzeń tej bardziej przyswajalnej części polskiej alternatywy. Sporo tu bowiem porywającego grania, przemyślanego i fajnie wykonanego, przy tym ciekawego brzmieniowo i z jakiegoś powodu kojarzącego mi się mile z latami 90-tymi. Z jednej strony Faith No More, z drugiej Kobong… Co może się nie udać? Póki co debiut oceniam zatem na czwórkę, ale obiecuję uważnie śledzić losy grupy.

Ocena: 7/10

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , , , , , .