Orodruin – „Ruins Of Etrernity” (2019)

Pochodząca z amerykańskiego stanu Oregon grupa Orodruin w pewnych kręgach ma niemalże kultowy status. Co więcej, niektórzy nawet dopisują jej przymiotnik „legendarna”, ale moim skromnym zdaniem jest on lekko przesadzony. Niemniej jednak ta amerykańska ekipa, dowodzona od początku przez Mike’a Puelo, zdołała na światowej scenie heavy/doom metalowej wyrobić sobie odpowiednią pozycję, na którą zresztą bez wątpienia zasługuje.

To, co napisałem powyżej nie byłoby może niczym dziwnym, gdyby nie jeden dość istotny fakt. Otóż oprócz omawianego tu Ruins Of Eternity, Orodruin ma na swym koncie tylko jeden pełny studyjny album, w dodatku wydany siedemnaście lat temu (w międzyczasie grupa oczywiście wydała kilka mniejszych wydawnictw). Konkretnie mowa o albumie Epicurean Mass, który swego czasu zebrał naprawdę świetne recenzje i do dziś cieszy się ogromnym szacunkiem pośród doomowej braci.

Dwudziestą rocznicę swojego istnienia Mike i kumple uczcili  wydaniem drugiego albumu swej formacji, przypominając tym samym miłośnikom „zagłady metalu” o swym istnieniu. Ruins Of Eternity to dziewięć utrzymanych we wspomnianej konwencji kawałków, które zapewniają słuchaczowi ponad czterdzieści siedem minut muzycznych doznań.

O dziwo, doom wypełniający drugie dzieło Amerykanów nie jest jakiś bardzo posępny (poza pewnymi momentami, ale tego w tym gatunku uniknąć się nie da), czy też dołujący. Wręcz przeciwnie, zawiera sporą dawkę muzycznych odwołań do heavy metalu, klasycznego hard rocka z lat 70. (wcale nie mam tu na myśli tylko Black Sabbath, gdyż zapewne to skojarzenie biorąc po uwagę kontekst w tym momencie jako pierwsze przyszło większości z Was do głowy). Nad całością unosi się zaś niekoniecznie smutny duch rock’n’rolla.

Płytę otwiera utwór Forsaken. Wita powolnym, posępnym riffem, który jednak w pewnym momencie przybiera nieco bardziej klasyczną, hardrockową formułę. Mniej więcej w połowie kawałek ten dostaje przyśpieszenia i można się w nim doszukać pewnych nawiązań do NWOBHM, niemniej jednak nie traci on nic ze swojego domowego charakteru.

Kolejny numer to Man Of Peace. Posiada najbardziej zapamiętywalny riff spośród wszystkich utworów na Ruins Of Eternity. Sam kawałek, w przeciwieństwie do swego poprzednika, jest utrzymany w zdecydowanie wolniejszym, momentami wręcz balladowym tempie. Warty odnotowania jest tutaj wokal Mike’a Puelo. Man Of Peace pokazuje, że jego czysty głos sprawdza się zarówno w tych ostrzejszych numerach, jak i w tych wymagających typowego domowego zawodzenia.

Numer trzy nosi tytuł Grave Illusion. Rozpoczyna się świdrującym, dość powolnym (co w tym przypadku nie jest żadnym zaskoczeniem) riffem, który gładko przechodzi w łagodną, jednakże bardzo niepokojącą melodię z czasem uzupełnioną depresyjnym śpiewem wokalisty. Utwór ożywa w refrenie, nie pozostawiając tym samym słuchacza znudzonym. Za to kolejny Letter Of Life’s Regret wbrew tytułowi zaczyna się dość pogodnie. Na szczęście to tylko pozory, gdyż po tym wstępie zmienia się w typowo doomowy walec. Słysząc przewodni riff, mam wrażenie, że gdyby Tony Iommi i kumple zaczynali grać dzisiaj, brzmieli by właśnie tak.

War On the World to już utwór nieco inny. Krótki, szybki, rockandrollowy, zawierający sporo energii… punk rocka (wpływów The Clash nie da się tu wyprzeć). A żeby nie było tak jednoznacznie, to w końcówce zaczyna nam się robić dość „purplowo”. Następnie przechodzimy do drugiej połowy tego albumu, która wita nas kawałkiem Into the Light Of the Sun, rozpoczynającym się moim zdaniem najbardziej posępnym motywem na tym albumie, który ciągnie się przez cały ten utwór. Mimo tego faktu, nie brakuje temu kawałkowi energii, zwłaszcza że również został tu wykorzystywany przez Orodruin zabieg ożywienia i przyśpieszenia na końcu – tu przyjmuje ono formę wymiany gitarowych solówek.

Voice In Hell to znowu zwrot w stronę Black Sabbath i riff mogący komuś przywieść na myśl utwór Electric Funeral. Po nim następuje najspokojniejszy i jednocześnie najbardziej nostalgiczny na Ruins Of Eternity utwór Hell Frozen Over. Przyznaję, że czuję lekki dysonans, może taka muzyka dużo bardziej pasuje do jesiennej albo zimowej aury.

Całość wieńczy kawałek tytułowy, który zawarł w sobie wszystkie atuty tego albumu. Co ciekawe, chyba w nim jest najwięcej aluzji do klasycznego heavy metalu. Niektóre zagrywki mogą nawet kojarzyć się z twórczością Iron Maiden. Jednakże są to tylko momenty. Ogólnie jest to utwór nawiązujący do jak najbardziej domowych tradycji takich kapel jak Candlemass czy Cathedral.

Ruins Of Eternity nie jest płytą łatwą w odbiorze. To nie jest jeden z tych albumów, co wchodzą od pierwszego razu. Potrzeba kilku wnikliwych przesłuchań, by dostrzec jego pełen urok. Ale kiedy już to się stanie, długo nie będziecie się mogli od tego krążka uwolnić.

 

Ocena: 9/10

 

Tagi: , , , , , , .