Ortsul – “Robactwem Oblazłem” (2018)

Ortsul to stołeczna, czteroosobowa (od niedawna) banda (a jakże) anonimowych black metaloholików z wysoką zawartością procentową wydychanego powietrza i tragedii w duszy. Idealna kompozycja na budzącą się do życia wiosnę.

Śmierć, wóda, marność i rozpacz – tak chyba najłatwiej przedstawić główne tło tego, czego możemy spodziewać się na debiutanckiej epce Robactwem Oblazłem. Na blisko 30 minut, jak mogę zgadywać, zostajemy przeniesieni na jakieś odludzie pod Warszawą, gdzie skoro świt kończy się mocno zakrapiana noc. Być może stypa, być może rytuał, z pewnością jednak bez krzty humoru i dystansu, jak na Truchle Strzygi. Więcej tu tragedii, tej osobistej, moralnego i duchowego cierpienia, w oparach taniego i wysokoprocentowego alkoholu, ale bez patologii z blokowisk Biesów Odrazy. W Ortsul słyszę więcej rozczarowania i użalania się, być może spowodowanych jakąś mocno życiową stratą, bądź starcia z niemożliwą do pokonania przeszkodą. Agresja, bezkompromisowość i nienawiść czarnego metalu przekuto w melancholię, złość, niekiedy jeden z biegunów załamania nerwowego. Muzycznie zostałem kupiony momentalnie – piwniczna prostota kompozycji i duża melodyjność, a zarazem nieludzki wokal/głos/jęki De Valentine’a łączą to wszystko w zamgloną i kompletną opowieść. Wydawnictwo pięknie prezentuje się jako całość, trochę niczym kolejne godziny z tego grobowego picia i dumania. 

Ortsul po swojemu – i w moim guście – prezentuje muzyczny upadek człowieka, skamlącego i miotającego się wobec własnych słabości. Czy wszystko to w świetle ostatnich, scenowych standardów jest szczere? Nie wiem. Póki co Robactwem Oblazłem, na duchu i ciele.

Ocena: 8/10 

Ortsul FB

Maciej

Tagi: , , , , , , , , , , , .