Pallbearer “Fear & Fury EP” (2016)

Będzie to krótki tekst, bo i materiał jest krótki. Czym są trzy utwory zajmujące niecałe dwadzieścia minut? W moim odczuciu hołdem.

Pallbearer znam dobrze i cenię. Kapela z USA gra w sposób świetnie oddający klimat doom metalu w swojej pierwotnej formie, czerpiąc z tych czasów w historii muzyki, kiedy powstawały kapele sięgające do twórczości Black Sabbath, jednocześnie zwalniając tempo i obniżając brzmienie. Takie kapele, jak Pentagram, Count Raven czy Witchcraft są moim zdaniem podwaliną dla tego gatunku muzycznego.

W moim skromnym mniemaniu cała twórczość zespołu jest swoistym hołdem złożonym kapelom początku lat 80. Brzmienie nisko nastrojonych gitar jednak nie musi przemawiać do wszystkich, ale z całą pewnością może zainteresować. Epka Fear & Fury w tym przeświadczeniu mnie utwierdziła.

Trzy utwory to nie za dużo, ale jest to całkiem treściwe danie. Oprócz autorskiej kompozycji Fear & Fury, znajdziemy tutaj również dwa covery. Za tego typu nagraniami nie przepadam, jednakże w tym wypadku jestem w stanie zrobić wyjątek. Pierwszy to Over & Over, który pierwotnie nagrało Black Sabbath z Dio na wokalu. W ’81 utwór mógł być odbierany jako powolny a zarazem podniosły dzięki wokalowi. Panowie zmierzyli się z „było nie było” utworem dziadków doomu i wyszło im to wyśmienicie. Ba! Dzięki zapętlonym wokalom brzmi jeszcze bardziej oldschoolowo niż oryginał. Zaraz po nim usłyszymy Love You To Death kapeli Type O Negative.  Głosu Stalowego Piotrusia nie da się podrobić, ale i tutaj zespół dał radę na swój własny sposób. Nie ma co się za bardzo rozpisywać o poszczególnych utworach, bo nie odbiegają one szczególnie od swoich pierwotnych form. Różnice są wyraźne głównie w brzmieniu gitar, które w moim odczuciu są zmiękczone w stosunku to pierwowzorów oraz dzięki magii głosu Bretta Campbella, delikatnego i pełnego emocji.

Moim faworytem jest jednak tytułowy Fear & Fury, utwór będący kwintesencją tego, co lubię w tym gatunku – ciężar, klimat i wokal. Emocje, jakie gitarzysta i wokalista zarazem przekazuje, są wyraźne, przez co łatwiej jest je nam przeżywać razem z nim w ciągu tej niemal sześciominutowej kompozycji.  Przy pierwszym słuchaniu nawet nie wiem, kiedy mimowolnie zacząłem się bujać w fotelu w rytm gitary prowadzącej, która schodzi z pierwszego planu tylko po to, by zrobić miejsce nastrojowej solówce.

Recenzja EPki trwającej tak krótko, dla wielu wydaje się pewnie dziwnym pomysłem. Może i tak jest, ale moim zdaniem warto zatrzymać się na te niecałe dwadzieścia minut i posłuchać, co mają nam do zaoferowania Amerykanie. Nie lubicie, jak grają wolno? Ok, możecie odpuścić, ale chciałbym, abyście wiedzieli o jednym – do zapoznania się z tą kapelą właśnie poprzez ten materiał namówiłem koleżankę z pracy, która o metalu nawet nie chciała słuchać. Teraz sama podrzuca mi swoje kolejne ciężkobrzmieniowe znaleziska. Może jednak warto się przełamać i posłuchać od czasu do czasu czegoś nieco wolniejszego?

Ocena: 8/10

 

Autorem recenzji jest Tomasz Skrzypkowski.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , .