Patricide – “Capitis Capri Sancti” (2019)

Przypadł mi w udziale album bardzo ciekawy, nie tylko z muzycznego punktu widzenia. Capitis Capri Sancti to pachnący nowością kawał historii polskiego death metalu. Początki Patricide sięgają 1993 roku, kiedy to młodziutki duet nagrał składające się z dziesięciu numerów demo, które nigdy nie zostało wydane, po czym zespół zniknął ze sceny. Aż do teraz. Lipiec bieżącego roku przynosi pierwszy, pełny album Patricide, na który składa się pięć nagranych na nowo utworów sprzed lat, trzy premierowe numery, oraz cover Sacrillegium, w którym niegdyś udzielał się Baron, motor napędowy Patricide.

Album został nagrany w Norwegii, ale wydała go rodzima Mara Productions. Mamy do czynienia z polskimi tekstami, co samo w sobie jest wartością dodaną i siłą rzeczy przywołuje na myśl kilka utworów Vader. Podobieństw do olsztyńskiej załogi jest więcej, głównie w sferze wokalnej. Wibracje podobne, ale odgłosy wydawane przez Barona są znacznie bardziej „bulgotliwe” i brutalniejsze. Trudno uznać, że Patricide inspirowali się zespołem Petera, biorąc pod uwagę fakt, że większość tych utworów powstała w czasie, kiedy Vader miał na koncie dopiero jeden pełny album. Raczej można uznać, że oba zespoły szłyby łeb w łeb, gdyby nasi bohaterowie wydawali nagrania w czasach ich powstania.

Capitis Capri Sancti niesie ze sobą w zasadzie wszystko, czym był death metal na początku lat 90. Kompozycje są żywcem wyjęte z tamtych czasów, cechują się mnogością riffów, marszowo-galopującym tempem, odrobiną skandynawskiej melodyki i jedynym w swoim rodzaju, europejskim feelingiem. Wyjątkowo tłuste, mięsiste brzmienie, mocno oparte na sekcji nadało im wyraźnego, współczesnego charakteru, co w połączeniu z brutalnym wokalem sprawia, że album brzmi rzeczywiście świeżo. Trudno zgadnąć bez sprawdzania, które numery są stare, a które premierowe, bo całość ma spójny charakter i raczej nic nie odstaje od ogólnego, wysokiego poziomu. Na pewno można wyróżnić instrumentalny Memoriae, który od delikatnego, akustyczno-klawiszowego motywu przechodzi płynnie w mocną kompozycję ze znakomitą, gitarową solówką, opartą ma miażdżących riffach. Pokłon, ozdobiony rozwleczonym motywem schowanym za ścianą dźwięku również wydaje się numerem skomponowanym przed chwilą, ale odkrywanie co jest czym pozostawiam Waszej inwencji. Tajemnicą nie jest Przymierze, przerobiony utwór Sacrillegium, który ma w sobie chyba najwięcej ciężaru, generowanego za sprawą przygniatającego basu i mocarnej perkusji, ale charakterem nie odbiega od pozostałych kawałków.

Nie interesują mnie motywy reaktywacji zespołu i wskrzeszania starych numerów, ale dobrze się stało. Dostaliśmy kawał świetnej muzy, rasowego death metalu z czasów największej świetności gatunku, a przy sensownego w obecnych czasach. Historia spotkała się z teraźniejszością, a słuchacze mogą cieszyć się z kolejnej, rodzimej, death metalowej perełki. Dla fanów polskiej śmierci pozycja absolutnie obowiązkowa, dla całej reszty po prostu konkretny, solidny death metal.

Ocena: 7,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , .