Peste Noire – “Peste Noire-Split-Peste Noire” (2018)

Szalona francuska załoga pod wodzą Ludovica Van Alsta, znanego jako La Sale Famine De Valfunde, należy do najciekawszych, najoryginalniejszych i zarazem najbardziej kontrowersyjnych grup, nie tylko na black metalowym polu. Kontrowersja w blacku to temat na osobną rozprawę, ale faktem jest, że Peste Noire wjechało na scenę z siłą tarana, zarówno za sprawą nietypowego podejścia do muzyki, jak i postawą samego Famine, który bardzo dużo miejsca poświęcał bliskim sobie ideologiom. Dopóki gadał o średniowiecznej potędze i wykazywał się nieco anarchizującym podejściem do nacjonalizmu, można było go traktować jako nieszkodliwego błazna, który balansuje między groteską a absurdem. Ale Famine zdążył spaść na głowę – poleciał w srogie hailowanie, bredząc, że włoski faszyzm jest ok, sympatyzował z różnymi ruchami nacjonalistycznymi, a nawet wpuścił w szeregi swojego komanda człowieka o „nieeuropejskim” kolorze skóry, próbując prowokować, kogo się da. W ostatnim czasie zaczął pojawiać się na Ukrainie, gdzie ostro romansuje z tamtejszymi białymi bractwami i prowadza się z Alexeyem Levkinem – znanym, rosyjskim nacjonalistą, liderem grupy M8L8TH, który gościnnie udzielił głosu na nowej płycie Peste Noire.

A skoro o płycie mowa – Francuz tym razem zaprosił do współpracy Spellgotha, lidera całego szeregu zespołów, wśród których najbardziej znana pozostaje fińska Horna. Famine nadał nowej płycie charakter splitu, na którym żeni rozdźwięk między charakterystycznym, barbarzyńskim black metalem, jakim parał się u progu swojej muzycznej aktywności a nowym, posępnym obliczem, w którym znajdziemy mnóstwo niespodzianek.

Pierwsza, tradycyjna część albumu nie zaskakuje. To ciągle Peste Noire, jaki znamy i kochamy (albo nie). Opętane wrzaski, wściekły śpiew, masa szatana, heavy metalowe wibracje, charakterystyczne melodie, jedyny w swoim rodzaju vibe i wszystko to, z czego zespół słynie. Najwięcej dzieje się w motorycznych fragmentach, gdzie black odziany jest w kamizelki Judas Priest (Aux Armes!), i wesoło galopuje po kolejnych kręgach piekieł. Czasem przybiera norweski strój narodowy i goni do lasu (Raid Eclair, z gościnnym udziałem Levkina). Famine nie boi się też rozebrać na czynniki pierwsze hymnów ku czci wikingów i poskładać je na swój sposób (Songe Viking). Nie bawi się przy tym w ozdobniki, nietypowe instrumentarium tym razem ma dość rzadki udział, a jeśli się pojawia, to jako smaczek, który wzmacnia bardzo wyrazisty charakter muzyki. To już nie jest black metalowa błazenada, skupiająca wokół siebie wszystko o narodowym, francuskim charakterze – Famine uzbroił muzykę w międzynarodowe narzędzia i natchnął ją wyjątkowym, rebelianckim duchem.

Jeszcze poważniej robi się w Degenerate Part, czyli w drugiej części płyty, gdzie do głosu dochodzi gitarowy szum, perkusyjna elektronika, industrializmy, klawisze i… rap. Najpełniej objawia się to w wyjętym z pierwszej płyty Des médecins malades et des saints séquestrés, w którym obskurne bębny zastąpiono elektronicznym beatem, diabła wysłano w kosmos, a wokalne zawodzenia przybrały formę piekielnych melodeklamacji. Im bliżej końca, tym mocniej muzyka się radykalizuje, przybierając coraz bardziej nieoczywisty charakter. Hamulce puszczają w skocznym, melodyjnym Turbofascisme, gdzie Famine zwyczajnie rapuje na tle heavy metalowego riffu. Album wraca w stronę piekła w Aristocrasse, ale pędzi po kosmiczno-ambientowych torach, położonych przez Beherit. Rapy, elektronika i gitarowy szum o ambientowym charakterze spotykają się w Domine, gdzie mamy całkowity odjazd w kosmiczną otchłań i zupełnie inny wymiar doznań.

Miałem wątpliwości, czy płyta odpowiednio zatrybi jako całość. Pomysł połączenia dwóch różnych sposobów grania wydawał się dość dziwny, ale też doskonale wpisał się w kontrowersje, jakie towarzyszą zespołowi. Obie części nie przenikają się, ale trudno wyobrazić sobie je oddzielnie. Famine stanął w rozkroku między dwoma światami, ale zrobił to z pełną świadomością, zagarniając dla siebie całą ich kwintesencję, i pokazując środkowy palec wszystkim wokół. Znów dał się poznać jako bezczelny buntownik, który rozpycha się łokciami, robi wszystko według własnej wizji i nie bierze jeńców. Jego postawa i niebezpieczne poglądy stają ością w gardle wielu ludziom, ale dopóki będą przekładać się na taką muzykę, to mogę poudawać obojętność wobec nich. Wszak nikt normalny nie byłby w stanie jedną płytą skasować trzy czwarte współczesnej, black metalowej sceny.

Ocena: 10/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , .