Pig Destroyer – “Head Cage” (2018)

Po pięciu latach od ostatniego wydawnictwa, dyskusyjnie najlepszy skład grindcore’owy tej planety powraca z nowym materiałem. I choć już od pierwszych singli grindcore’owość płyty stała pod ogromnym znakiem zapytania, to jednak niezmiennie ubóstwiając Prowler in the Yard i Terrifyer, dałem Hullowi kredyt zaufania.

Na grindcore jednak już nie liczyłem. I bardzo dobrze. Choć większość z dwunastu numerów zamyka się w dwóch, trzech minutach, to Head Cage kontynuuje trend ostatnich wydawnictw, tworząc wedle własnego widzimisię. Od razu szczerze powiedzmy: jeżeli oczekujesz starego Pig Destroyer, nawet do płyty nie podchodź.

Natomiast jeżeli już podejdziesz, dostaniesz w zasadzie groove metal z sporą ilością wtrętów hardcore’u i powerviolence. Dość przyjemne i bezproblemowe w kontakcie. Scott Hull dalej potrafi tworzyć świetne riffy, chociaż to nie jest już tak nieujarzmiony strumień fenomenalnych motywów, z których każdy miał po kilka-kilkanaście sekund i skutecznie wżynał się w czachę, jak kiedyś. Najwścieklejsze numery na płycie to Dark Train, Terminal Itch i The Adventures of Jason and JR, z czego ten drugi brzmi naprawdę dobrze, dorzucając nawet odrobinę matematycznych krzywości. Poza tym mamy dużo stonera na Circle River i PV w The Torture Fields, Concrete Beast przynosi z kolei ciekawy rytmicznie motyw i niezłą końcówkę. Pomiędzy nimi natomiast mnóstwo jest motywów do bujania. Nie są złe, ale w pewnym momencie zaczynają brzmieć zbyt podobnie.

Mam kłopot z zrozumieniem koncepcji Head Cage. Pokuszę się nawet o zanegowanie istnienia takowej. Album brzmi po prostu jak zbieranina piosenek. Okej, niezłych, ale poumieszczane są bez ładu i składu, co potrafi brzydko odcisnąć się przy zmianach (chociażby przejście z Dark Train do Army of Cops). Niektóre pomysły brzmią neutralnie na tle innych, kolejne wprowadzają konfuzję. Kończący płytę House of Snakes (notabene z intrem perfidnie wyjętym z Metallikowego Blackened, co zauważam nie tylko ja, ale również redaktor Brzeźnicki) miesza nakręcający słuchacza agresywny hardcore, taneczny groove i ciężarny sludge w sposób, wydawałoby się, losowy. Jakby Pig Destroyer nie mógł się zdecydować, czy na zakończenie chce do końca przyśpieszyć, czy zwolnić i zmiażdżyć.

Wielkim plusem płyty jest fantastyczne brzmienie i poziom, który muzycy prezentują. Head Cage słucha się bardzo przyjemnie. Często łapałem się wręcz, że więcej uwagi zwracam na pracę perkusisty albo gitarowe smaczki. To jeden z tych wypadków, w których “jak” jest dużo ważniejsze niż “co”.

I jak tu taką płytę podsumować? Head Cage nie jest zły, ale nie umywa się do tego, co Pig Destroyer naprawdę potrafi. Kompozycje niespecjalnie mnie kręcą, ale produkcja daje mi mnóstwo radochy. Zdążyłem też pogodzić się z myślą, że Terrifyer już nie wróci, nie mam więc za złe obranego kierunku. Ale prawie na pewno odpuszczę sobie ten album na dobre.

Pig Destroyer na Facebooku

Ocena: 7/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .