PowerXChuck / ANF – “PowerXChuck / ANF” (2015)

Szybka piłka: znacie powerviolence? Takie coś, co to wyewoluowało z hardcore punku, spokrewnione z thrashcorem/fastcorem? Cóż, przyznaję, łatwo się w tym wszystkim pogubić. Nawet ja się nie orientuję w tych miniaturowych różnicach pomiędzy GxC, TxC, PxV, HxCxP i kolejnych skrótach z iksami. Myślę o tym zbiorczo jako o grindcore, jest łatwiej. Tak więc dziś znowu będą grindy. Cieszycie się?

Przed nami kolejny króciutki i wkurzony splicior. Materiał pochodzi od WOOAAARGH, choć swoje trzy grosze dorzuciło również z siedem innych labeli. Jednak głównym zainteresowanym jest właśnie niemiecka wytwórnia. Ten bezimienny splicior zawiera dziewięć utworów od australijskiego PowerXChuck i siedem od włoskiego ANF, a trwa zatrważające siedemset pięćdziesiąt sekund. Czyli dwanaście i pół minuty. Na szesnaście kawałków. Nieźle, co nie?

Zaczynają Australijczycy. Zaczynają intrem, a intro to, nie dość, że nazywa się Intro, to jeszcze pobrzmiewa stonerowo. Sześćdziesiąt sekund konfuzji spod znaku “co tak wolno” i zaczyna się gonitwa. Z wszystkich dziewięciu utworów tylko dwa mają dłużej niż minutę, rzeczone Intro oraz True Till Meth. Reszta to strzały, które skończą się prędzej, niż zdążysz się skapnąć. Są szybkie, wkurzone i napakowane intensywnością. Zdarzają się czysto punkowe numery typu Dumbfuck Aussie i Shit Mate, są też bardziej napakowane blastami i grindcore’owe, jak Steve Vs Ray, Turning Thirty, Wrist Squirty czy Rags To Riches. PowerXChuck oscyluje właśnie między hardcore punkową skocznością i nośnością, a blastującymi kanonadami. I wychodzi im to nieźle. Fajerwerków i wodotrysków tu, co prawda, nie ma, ale w połączeniu z dobrą, czytelną  produkcją dostajemy kilka piosenek akuratnych dla wiewiórki na speedzie.

Potem zaczyna się Always Never Fun. Tutaj Intro jest już dużo bardziej introsowe i w temacie. Porządnie wprowadza w klimat sieki, który następuje już w pierwszym Last Minute Judge. ANF gra zdecydowanie bardziej punkowo, choć blastujący galop ciągle jest spotykany. Poza tym oraz produkcją, bardziej “głuchą” i dudniącą, kawałki niespecjalnie różnią się od poprzednich. Dalej jest szybko, dalej jest zadziornie, dalej wokal może sprawiać trudności. Dalej też rzadko kiedy wychodzimy poza mistyczną granicę minuty. Na szczęście dalej też brzmi to solidnie i żwawo. Najsolidniej chyba na Bloody Gigs. Oraz na Behind This Tongue, które jest coverem Infest. O czym za cholerę się nie dowiesz, jeżeli nie znasz tego utworu albo tego gdzieś nie przeczytałeś. Świadczy to też o monotonii dźwięków płyty. Nie spodziewaj się dużo więcej niż szybki powerviolence. To jest płyta na pobudkę.

No proszę, kto by się spodziewał, że recenzję dwunastominutowej płyty można zawrzeć powyżej czterystu słów. Prawdopodobnie lektura tego artykułu zajmie niektórym dłużej niż odsłuch samego splita, ale cóż… takie realia gatunku. Zapoznaj się, jeżeli potrzebujesz intensywnej pobudki.

Ocena: 7/10

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .