Profeci – “Matecznik” (2020)

Polska black metalem stoi. To jest fakt, a z faktami się nie dyskutuje. Mamy na podwórku cały legion zespołów i ciągle powstają nowe. Trochę nieśmiało, ale jednak, pojawiają się głosy, że polska scena robi się powoli przesycona i tylko czekać, aż zacznie spoglądać na własny ogon. Kto wie, co przyniesie przyszłość, ale dopóki będą powstawać takie zespoły jak Profeci, to o losy rodzimego black metalu jestem spokojny.

Poznańska grupa wyskoczyła jak królik z kapelusza i zadebiutowała od razu pełnym albumem. I to nie byle gdzie, bo pod skrzydłami Godz Of War Productions. Wytwórnia po raz wtóry udowodniła, że z zalewu muzyki potrafi wyłuskać prawdziwe perełki. Czy Matecznik stanie się kolejną?

Mierzę się z tym albumem już kilka tygodni i nie mam najmniejszych wątpliwości, że to perełka nie tylko w katalogu labelu, ale na całej polskiej scenie. Od pierwszych taktów Ciemnej Góry słychać, że zespół idzie własną ścieżką, i nie ogląda się na nic, a już na pewno nie na całe śląsko-krakowskie towarzystwo wzajemnych powiązań. Poznaniacy stawiają na trans, proste środki, średnie tempa, gitarowy brud, i swoistą, rzadko spotykaną melodykę. Otwierający płytę utwór można bez problemu odczytać jako black metalową odpowiedź na poezję śpiewaną. Marszowe tempo, piosenkowa melodia, ocierające się o akustykę zwolnienie pod koniec. Do tego czysty, choć zdecydowany wokal, polski tekst i hipnotyzujący klimat. Oczywiście wszystko w oparach siarki i smoły. Gitary nie mielą na norweską modłę, a jeśli już to raczej w stylu bliższym Ved Buens Ende czy nawet Forgotten Woods.  To zasługa zarówno samych kompozycji, jak i brzmienia, a to jest wyważone doskonale. Czytelny wokal, znakomicie wyeksponowane gitary, i perfekcyjnie zaakcentowana linia basu. Zespołowi udało się ubrać dźwięki w brud i uchwycić niepowtarzalny czar szlachetnego prymitywizmu pierwszej fali. Dzięki brzmieniu pozorna prostota kompozycji zaczyna jawić się jako przemyślany w najdrobniejszych szczegółach proces, który miał na celu osiągnięcie niezwykłej, hipnotyzującej atmosfery. Wystarczy posłuchać końcowych fragmentów utworu Pleśń – trzy akordy na krzyż, wolne tempo i pulsujący bas na pętli, a ogólny wydźwięk jest niemal awangardowy. Oczywiście nie jest to żadne novum, bo wszystko czerpie z dawno utartych wzorców, ale w czasach deficytu nieschematycznego kombinowania z początków drugiej fali, trzeba się cieszyć, że komuś się chce iść w tę stronę i na dodatek to potrafi. Złośliwi i tak pewnie powiedzą, że Profeci biorą garściami ze spuścizny Furii i nic ponad to. To pewne, że jeśli ktoś zechce, ten bez problemu znajdzie nawiązania do zespołu Nihila, ale pewne jest też to, że poznański kwartet nie robi tego na ślepo i zamienia mroczną ludyczność Ślązaków na hipnotyzujący dryf – wyciąga ją z lasów, hałd i kopalń, i kieruje w stronę pól i otwartych przestrzeni. W tych utworach jest wyraźnie obecny pierwiastek pierwotnej melodyki, muzyki dawnej, może nawet rodzimego folkloru. Jeśli ktoś pamięta jak kiedyś kombinowała Plaga, ten zrozumie, w czym rzecz. Różnica jest taka, że olszyńska grupa obrała kierunek na piekło objazdem przez kosmos, a Profeci wydarli diabła z czeluści i tresują go z polską fantazją.

Zdaję sobie sprawę, że to nie jest odkrycie Ameryki. Profeci zdecydowanie mają pomysł na siebie, nie boją się go realizować i nie próbują się okopać w żadnej niszy. Od premiery Matecznika minęło kilka miesięcy i póki co płyta nie stała się nowym objawieniem. Ale też nie miała aspiracji, żeby takowym się stać. Wystarczy, że jest jak otwarcie okna w lekko zatęchłym pomieszczeniu. Wpadnie trochę świeżego powietrza, przewietrzy się, a wszystkim będzie oddychać się lepiej.

Ocena: 8/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , .