Psycho Side – “No Place For Heroes” (2017/19)

Tym razem stajnia Ragnarök Records zaszalała i odstawiła na bok to, co normalnie możemy znaleźć w ich asortymencie, czyli thrash i speed metal. Nakładem wytwórni ukazała się płyta argentyńskiego zespołu Psycho Side, który własnym sumptem wypuścił ten album dwa lata temu. Przed Wami No Place For Heroes.

Od razu po odpaleniu pierwszego kawałka z tego krążka bardzo się zdziwiłem. Szybkie, agresywne gitary i ostre wokalizy, które zwykle pojawiają się w materiale wypuszczanym przez niemiecki label, zostały zamienione na przyjemnie bujające stonerowe rytmy. Southern rock pełną parą. Po chwili do klimatycznej gitary i mocnej rytmiki dołączył głos, który barwą przypomina wokal Jamesa Hetfielda z Metalliki, a sposób artykułowania poszczególnych zgłosek najbardziej kojarzy mi się z klimatem z ReLoad. Od pierwszych sekund zainteresowała mnie kapela Psycho Side, również dlatego, że dawno już nie słuchałem podobnych „lżejszych” klimatów. Otwierający całość You Can’t Stop The Rock to mocny zastrzyk energii w dobrym, hard rockowym stylu, który naturalnie kontynuowany jest w kolejnym utworze. Z kolei numer trzy, Guilty Or Not, prezentuje nieco odmienne oblicze zespołu, który serwuje mało ciekawe intro i wolniejsze tempo całego numeru, z kolei wokal wędruje teraz na tereny rocka gotyckiego, momentami wzorując się na głosie Petera Steele’a z Type O’Negative. Dość ciekawe połączenie, aczkolwiek kawałek ten nie jest wysokich lotów, choć posiada świetną solówkę i dobre przejście, nieco w stylu glam rocka z lat osiemdziesiątych.

Argentyńczycy nie przestają zaskakiwać nietypowymi połączeniami stylistyk, a ich kolejny numer to odchył w stronę lżejszego, radiowego rocka, brzmiącego jak odgrzewany kotlet, co niekoniecznie może słuchaczowi przypaść do gustu. Pomijamy zatem czwórkę, a przy piątej piosence znów przyspieszamy, wyczuwając w tym wyścigu riffów inspiracje niezapomnianym Motörhead, jednakże bas wymaga trochę polerki. Gitara za to świetnie odnajduje się w tej szalonej krzyżówce gatunków. Kolejna świeża i mocna solówka, tyły silnie wsparte przez bezkompromisową perkusję – przepis na udany utwór spod znaku argentyńskiego Psycho Side. Idziemy dalej, a tam southern metal podsyca się groovem, rzekłbym nawet, że przypomina brzmieniem Black Label Society. Szybko przechodzimy do siódmej propozycji, która oparta jest na znanych i lubianych schematach stonerowych, jednocześnie przynosząc ze sobą dużo radości ze słuchania. Wodospad ostrych riffów i rozpędzonych solówek musi kiedyś na chwilę przystopować. Tak właśnie dzieje się przy A Life To Say Goodbye – ckliwej akustycznej balladce, która jest tylko poprawna, nie wnosi bowiem nic ciekawego do materiału z No Place For Heroes. Pod koniec utworu wracają przestery i mocna perka, wsparte nawet jakimiś smyczkami, ale kompozycję należy traktować jak mało interesujący zapychacz.

Do końca krążka zostają jeszcze cztery kompozycje. W przypadku tego krążka niestety czuć zmęczenie materiału. Choć często odczuwam niedosyt, to tym razem dwanaście numerów, które znajdują się na drugiej studyjnej płycie grupy to zdecydowanie za dużo. Końcowa część albumu nie zaskakuje tak, jak pierwsze kawałki, choć wciąż dobrze się ich słucha (szczególnie Fight Night, który brzmi jak żywcem wydarty z odrzutów Mety). Przyjemne riffy, fajna perkusja, bas do poprawienia (ale z dużym potencjałem), miłe dla ucha solówki, a na końcu to hetfieldowe śpiewanie – styl, który próbują zbudować Argentyńczycy jest naprawdę nieszkodliwy, a moje serce skłania się ku ich próbie wymieszania wielu odmiennych gatunków w jednym kotle. Gdyby pominąć kilka bezbarwnych momentów, to ten album byłby rewelacyjny od początku do końca. Liczę jednak, że jest to zaczątek dla czegoś większego, a Psycho Side jeszcze da o sobie znać w przyszłości. Ocena niech będzie zatem wypadkową głównie pierwszej części albumu i zachętą dla kapeli na kolejne działania.

Ocena: 8/10

 

 

Kup album: tutaj.

Vladymir
Latest posts by Vladymir (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .