Pungent Stench – „Smut Kingdom” (2018)

Pungent Stench to zespół, którego nie trzeba przedstawiać. W kręgach death metalu mają renomę wyrobioną już od lat dziewięćdziesiątych. Sława sławą, jednakże różnie się działo w samej działalności zespołu. Pierwszy rozpad miał miejsce w 1995 roku, po raczej chłodno przyjętym trzecim albumie “Club Mondo Bizarre” For Members Only. Drugi rozpad po reaktywacji w 2001 roku nastąpił sześć lat później. I właśnie gdzieś na przełomie 2006/2007 nagrano album, obiekt mojej recenzji, który nie został wtedy wydany, przez wyżej wymienione zawieszenie działalności zespołu. Materiał ten musiał czekać aż jedenaście lat, tj. do 13 kwietnia 2018 roku, kiedy to został w końcu rozpowszechniony pod szyldem Dissonance Productions.

Smut Kingdom jest naturalną ewolucją, którą Pungent Stench zapoczątkowali na swoim wcześniejszym wydawnictwie o nazwie Ampeauty, czyli mniej więcej jest to mieszanka death’n’rolla oraz old school death metalu. Już w otwierającym cały album Aztec Holiday dostajemy pokaźną dawkę rytmicznego death’n’rolla, oczywiście z dużą dawką czarnego humoru, z którego Austriacy są znani. Kolejny kawałek, czyli Persona Non Grata, to już przejażdżka w bardziej old schoolowe klimaty śmierć metalu. Chore, lekko melodyjne riffy, jazdy na dwie stopy, a nawet okazjonalny blast, wszystko to okraszone mięsistym brzmieniem. Czego chcieć więcej? Z kolei Brute, z psychodelicznym początkiem oraz równie psychodeliczną hammondową solówką w drugiej połowie, zaskakuje i powala jednocześnie. W warstwie lirycznej jest to kolejna w ich dorobku wycieczka o humorystycznym charakterze, tym razem El Cochino przedstawia nam historię człowieka pragnącego w kolejnym wcieleniu być drapieżnikiem. Klimat death’n’rolla powraca na Devil’s Work, ale tylko w lekkim stopniu. Numer ten to raczej jego umiejętne połączenie ze stylem, jaki prezentowali jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.

Na Devil’s Work pojawia się pierwsza z niespodzianek wydawnictwa, a mianowicie gość – Kam Lee (Massacre, Mantas, Death, The Grotesquery), chodząca legenda amerykańskiego death metalu. Kolejni goście pojawiają się na kompozycji o tytule Suicide Bombshell, a są to Dr. Heathen Scum (The Mantors, Mentors), oraz chyba znany każdemu z fanów death’n’rolla – L-G Petrov.

Ostatnim utworem, który przyciągnął moją uwagę jest Planet of the Dead. To zamykająca ten album, najdłuższa, oraz mocno przytłaczająca kompozycja o zabarwieniu death/doom metalowym. To ponad ośmiominutowy mocny uścisk, z krótkim acz wspaniale dopasowanym solo na perkusji w środkowej części tego numeru.

Wszystkich tracków jest dziesięć i mają one podobne lub niewiele odmienne momenty do tych, które opisałem. Niektóre z nich miażdżą, a niektóre po prostu są poprawne i raczej nie zaskakują. Smut Kingdom nie jest może perełką w dyskografii tego zespołu, szczególnie na tle klasyków, które nagrali, ale nie zmienia to faktu, że jest to kolejna dobra płyta. Czy teraz po wydaniu kolejnego albumu Pungent Stench nadal istnieją? Cóż, ta kwestia jest sporna i nie będę rozwijał jej w ramach recenzji. Coś mi się wydaje jednak, że na następny album będziemy musieli poczekać, a być może nigdy się już go nie doczekamy, więc warto cieszyć się tym, co jest.

Ocena: 7,5/10

Pungent Stench na Facebooku.

Dissonance Productions na Facebooku.

Tagi: , , , , , , , , .