Ragnar Ólafsson – “M.I.S.S.” (2020)

Płyta m.i.s.s. to podróż w dół wielkiej rzeki i w głąb siebie. Sterem i kapitanem jest tutaj Ragnar Ólafsson – islandzki songwriter, znany z grupy Árstíðir, a ostatnio wspomagający także pobratymców z Sólstafir – okrętem zaś łódź Southern Nights, należąca do Johna Holdsona. W 2017 roku John, przyjaciel Ragnara, zaprosił muzyka w podróż nurtem Missisipi. Z inspiracji rejsem powstał drugi w solowym dorobku artysty album. Nietrudno domyślić się, że zawarta na m.i.s.s. muzyka – by pozostać w kręgu metafor wodnych – łączy dwa brzegi. Po jednej stronie rzeki znalazła się przestrzeń dla tradycji amerykańskiego folku. Po drugiej widnieje islandzka zaduma i czar.

I muszę przyznać, że połączenie to niezwykle udane. Decyduje o tym ciepły, melodyjny, ale też oddający różne emocje głos artysty – Ólafsson nie jest wokalnie jednowymiarowy i używa różnych środków, od niskiej melorecytacji po falset. Niemniej istotna jest tu też naturalna zdolność do komponowania wpadających w ucho, ale nie banalnych muzycznych tematów.

Ale nie udałoby się to wszystko tak dobrze, gdyby nie detale. Trzeba przyznać, że każdy z licznych gości wniósł na płytę szczyptę czegoś wyjątkowego. Choć zdarzają się tu bardzo kameralne, minimalistyczne utwory (Walls, ambientowy Seamless), to jednak w większości przebija się bogate instrumentarium, wykorzystane jednak z głową, bez popisywania się. Skrzypce, altówka, wiolonczela, gitara akustyczna i elektryczna, ukulele, pianino Rhodesa, organy Hammonda, syntezator, w końcu eteryczne kobiece wokale (Sólveig Ásgeirsdótti i Ida Langthejm Christensen) – wszystko zostało zaaranżowane ze smakiem i z wyczuciem. Album ten ma wielu drugoplanowych bohaterów, a sporą zabawę dla słuchacza może stanowić wyłowienie tych wdzięcznych drobnostek. Ragnar i jego goście nie atakują słuchacza nawałnicą dźwięków (nawet jeśli kompozycja zmierza do rozbudowanych, chóralnych finałów jak w Southern Nights czy Photograph), ale skuteczność przedkładają nad efektowność.

Płyta m.i.s.s. przynosi oczywiście moc amerykańskich inspiracji, jednak nie są one dosłowne. Może jedynie rdzenny Muddy Waters, hołd dla wielkiego bluesmana z Delty, albo lekko soulowo-gospelowy, chóralny finał Southern Nights, mocniej umocowują się w tradycji Południa. To dobrze, Ólafsson jest w końcu wikingiem. Fałszywie byłoby udawać kogoś innego. Jak zatem przystało na skalda z wyspy gejzerów, muzyczne i liryczne inspiracje widokiem bezkresu wielkiej rzeki Ragnar przekłada na intymny, ale zrozumiały dla każdego język, w którego zaśpiewie wybrzmiewa radość, zachwyt chwilą, nostalgię, przestrzeń… Ktoś powie, że to tylko popowe piosenki. Sądzę, że kryje się za nimi jednak pewna szlachetność i urok. Polecam zatem tym, którzy szukają wyciszenia, a nie godzą się na balladową nudę.

Warto dodać, że Ragnar Ólafsson odwiedza nasz kraj z godną podziwu regularnością, a dzięki swojemu polskiemu wydawcy, Borówka Music, wizyty te okraszone są dość intensywnymi trasami. I niekoniecznie składają się na nie wizyty w największych z polskich miast. Sprawdzajcie zatem, możecie doczekać się Ragnara i na waszym, lokalnym podwórku.

Ocena: 8/10

Oficjalna strona na Facebooku
Borówka Music na Facebooku

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .